huberty1

Masakra w McDonald’s

Środa, 18 lipca, 1984 r., godzina 16:00. James Olivier Huberty, 41 letni bezrobotny, przeszedł pod charakterystycznymi, złotymi łukami restauracji McDonald’s w San Ysidro. San Ysidro to małe miasteczko na granicy Meksyku i stanu Kalifornia. Mężczyzna ubrany był w spodnie-panterki, czarny t-shirt. Ten „militarny” wygląd dopełniała broń: półautomatyczny karabin przerzucony przez ramię, płócienna torba pełna amunicji, 9 mm półautomatyczny pistolet wsunięty za pas i dwunastokalibrowa strzelba.
Pierwszą osobą, na którą natknął się ów niecodzienny klient, był John Arnold, szesnastoletni praktykant. Młody pracownik baru, stojąc za służbową ladą, dostrzegł wycelowaną w niego lufę strzelby. Guillermo, kolega praktykanta, zażartował: „Hej, John! ten facet chce cię zastrzelić !”. Arnold wspominał: „Celował we mnie. Pociągnął za spust, ale nic się nie zdarzyło. Poirytowany opuścił broń i zaczął coś przy niej majstrować”. Arnold odwrócił się i odszedł oburzony, uznając całe zdarzenie za głupi żart.
Niektórzy klienci, którzy zauważyli pojawienie się Huberty’ego, natychmiast udali się w kierunku głównych drzwi. Inni niespokojnie poruszyli się na plastikowych fotelikach, a jeszcze inni uznali przybysza za niegroźnego dziwaka, jednego z tych, którym dziecięce wygłupy w głowie, starającego się naśladować filmowych idoli w stylu Rambo. Powrócili więc do przeglądania menu, jedzenia swoich Big Maców lub picia coca-coli.
Tymczasem na zewnątrz budynku McDonald’s, po drugiej stronie ulicy, jedenastoletni Armando Rodriguez, wpatrywał się z ciekawością w stojącego przed restauracją czarnego forda Mercury Marquis. Parę minut wcześniej kopał piłkę na pobliskim boisku szkolnym, ale gdy zauważył samochód, przerwał grę. W pewnej chwili dostrzegł wysiadającego z auta mężczyznę w pełnym uzbrojeniu, który wszedł do restauracji. Zaskoczony Armando zobaczył, jak zaraz po wejściu do wnętrza budynku mężczyzna machał ręką rozkazując ludziom, by położyli się na podłogę. Tym przybyszem był Huberty. Niektórzy świadkowie twierdzili potem, że krzyczał: „Zabiję was wszystkich!”. Pewien młody chłopak zeznał nawet, że wołał także: „Zabiłem tysiące we Wietnamie i chcę zabić jeszcze więcej!”, ale policjanci, którzy przesłuchiwali ocalałych sądzili, nie potwierdzili tej informacji.
Armando Rodriguez wciąż obserwował budynek. Widział kobietę, która pobiegła w stronę drzwi, ale napastnik odwrócił się błyskawicznie i strzelił do niej. Kobieta upadła.
John Arnold, który odszedł, kiedy Huberty natknął się na niego tuż po wejściu, został wyrwany z monotonii pracy, potężną salwą z broni. Szkło szyby roztrzaskało się wokół niego w pył. Przerażony, natychmiast wskoczył pod krzesło stojące obok. „Przycisnąłem głowę do podłogi. Próbowałem nie oddychać. Skuliłem się jak embrion. Przeraźliwie bałem się, że mnie znajdzie. Och, błagam nie podchodź tutaj!” Przez siedemdziesiąt pięć minut Arnold pozostawał w tej pozycji i miał nadzieję, że inni postąpili podobnie. Grieselda Diaz i jej synek Erwin, także ukryli się pod krzesłem podczas pierwszej serii strzałów. Zdołali się doczołgać do drzwi i bezpiecznie wydostać z budynku.
Wielu innych klientów nie miało tyle szczęścia. Huberty strzelał dookoła. Kiedy kończyła mu się amunicja w jednej broni, sięgał po następną. Większość ofiar została trafiona w czasie pierwszych minut ostrzału. Pierwsze wezwanie o pomoc nadeszło od pracownika McDonald’s około godz. 16:03. Niestety ten odważny gest pracownika rozwścieczył Hubertyego, który właśnie wtedy zaczął strzelać na oślep. Betty Everhart, emerytowana pielęgniarka, która mieszkała na przeciw baru McDonald’s, błędnie przypuszczała – jak wielu zresztą innych świadków – że pierwsze strzały padły na zewnątrz restauracji, z tyłu samochodu. Ale po chwili dwóch mężczyzn przybiegło pod jej drzwi, chaotycznie tłumacząc, że ktoś strzela w środku i żeby natychmiast zadzwonić na policję.
Tymczasem pracownicy znajdujący się w kuchni z narastającym przerażeniem zastanawiali co dzieje się na sali. Na ich nieszczęście wkrótce mieli się dowiedzieć. Alicia Garcia przyrządzała chipsy, gdy Huberty wtargnął do kuchni. Odwróciła się i bez namysłu rzuciła się do ucieczki, w stronę schodów prowadzących w dół, do pomieszczenia gospodarczego. W ślad za nią pobiegli także pozostali pracownicy przygotowujący posiłki w kuchni.
W czasie strzelaniny inna, mała grupka pracowników ukryła się na schodach prowadzących na piętro, tłocząc się na malej przestrzeni, w upiornym strachu.
Huberty śmiertelnie postrzelił kierowniczkę restauracji Nevę Caine i trzy inne pracownice, które próbowały się przed nim ukryć. Strzelał do nich z bliskiej odległości. Dlatego dwie dziewczyny zginęły od razu. Trzecia, ranna, próbowała się wyczołgać i schować w bezpieczne miejsce. Huberty wystrzelał cały magazynek w ciało dziewczyny. Gdy skończyła mu się amunicja, wrócił do torby, którą ze sobą przyniósł, a którą zostawił na służbowej ladzie. Napastnik dopiero teraz zauważył skrytego pod kuchennym stołem młodego mężczyznę, Alberto Leosa. Został czterokrotnie trafiony: w lewe i prawe ramię, prawe kolano i brzuch. Mimo odniesionych ran, w akcie desperacji, przeczołgał się przez podłogę kuchni w kierunku schodów prowadzących do sutereny.
Huberty miał mnóstwo celów zarówno wewnątrz baru, jak również na zewnątrz: na boisku szkolnym i na parkingu przed głównym wejściem.Trzech chłopców: Joshua Coleman, David Flores i Omar Hernandez jeździło na rowerach od frontu budynku, gdy nagle jakaś niewidzialna siła po kolei poprzewracała ich razem z rowerami. Rafael Meza, pracownik wieczornej zmiany w McDonald’s właśnie przechodził przez ulicę, gdy usłyszał odgłosy strzelaniny. Zauważył leżących na chodniku przed restauracją rannych chłopców. Próbował odciągnąć ich poza granicę ostrzału, ale „ktoś do mnie strzelał z pistoletu. Potem wszystkie okna rozbiły się, a ja ukryłem się za ciężarówką. Pociski latały wszędzie. Ludzie uciekali w popłochu. Widziałem jak wielu z nich padało jak na jakieś strzelnicy, jak na filmie…”
Kiedy pierwszy policyjny wóz przybył na miejsce masakry około godz. 16:07. Silny ostrzał karabinu maszynowego roztrzaskał przednią szybę samochodu i reflektory. Mike Rosario, który jako pierwszy stawił się na miejscu zdarzenia wezwał na pomoc kilka radiowozów. Przybyły natychmiast. Prawie dziesięciu policjantów przyczaiło się z tytułu swoich samochodów. Zabójca chodził w te i z powrotem i celował teraz do wybranych celów. Jednym z pierwszych policjantów, który zjawił się pod restauracją był także Artur Velasquez, oficer policji z San Diego. Opowiadał później, że szaleniec strzelał wszędzie, do wszystkiego, co się ruszało. „Widziałem ciała leżące na chodniku, na ulicy: dorosłych i dzieci. Niektórzy wciąż jeszcze żyli… Byłem świadkiem, jak zastrzelił mężczyznę leżącego obok rannej żony… Cześć z zabitych i rannych dzieci bawiła się nieopodal, na boisku szkolnym…. To było koszmarne… Siedemnaście ciał znajdowało się w budynku, łącznie z ciałem mordercy, a cztery przed restauracją”.
Velasquez przestrzegł przez radio przed przysyłaniem kolejnych radiowozów. Sytuacja była tak poważna, że zażądał natychmiastowego przybycia oddziału S.W.A.T. Wewnątrz baru, chociaż ciała znajdowały już wszędzie, niektórzy udawali martwych pragnąc w ten sposób uratować życie. Większość jednak nie udawała. „To była prawdziwa rzeź” stwierdził komendant policji w San Diego, Larry Gore. Po zakończonej akcji opowiadał dziennikarzom o swoich przeżyciach: „Całkowity pogrom. Morderca dobijał systematycznie tych, którzy nie zginęli od pierwszych kul: klientów i personel… Zabijał ich jak rzeźnik bydło”.
Victor Rivera zabrał żonę i córkę do McDonald’s, do ich ulubionej, małej restauracji. Victor zginął od postrzału, a jego żona i córka były ranne.
Jackie Right Rayes, jej ośmiomiesięczny synek, przyjaciel i jedenastoletni siostrzeniec zatrzymali się na posiłek. Z tej czwórki tylko siostrzeniec przeżył.
Ron i Blythe Hererra i ich czteroletni syn byli na wakacjach i właśnie wracali do domu. Wstąpili na chwilę do baru. Matka i jej syn zostali zabici. Ron, siedmiokrotnie trafiony, ocalał.
Lawrence Versulis, sześćdziesięciodwuletni kierowca ciężarówki, postanowił zrobić sobie przerwę i wypić kawę w przydrożnym McDonald’s. Pracował dla tej samej firmy czterdzieści lat i pod koniec tygodnia zamierzał przejść na emeryturę. Ale Huberty zastrzelił go.
W restauracji i przed nią: na parkingu samochodowym i boisku szkolnym, wzdłuż szeregu zabawnych figur reklamujących restaurację, leżało dwadzieścia jeden ofiar masakry: martwych lub umierających, a także dziewiętnaście osób z obrażeniami. Tuż obok, na jednopasmowej ulicy, niedaleko Drogi Stanowej Nr 5 został postrzelony i zraniony motocyklista.
W tym samym czasie, Albert Leos, zdołał dowlec się do sutereny. Ukrywający się tam jego koledzy zaopiekowali się nim tak jak potrafili. Na górze Huberty kontynuował swoją wędrówkę po budynku znacząc ją odgłosami sporadycznych wystrzałów.
Teren przylegający do McDonald’s został otoczony szczelnym kordonem. Postawiono blokadę na San Ysidro Boulverad i zamknięto dla ruch Drogę Stanową Nr 5. Przed godziną 16:55 przybył oddział S.W.A.T., który zajął pozycję między pocztą na południe, a na północ od cukierni i na wschód od San Ysidro Bouleverad. Przyciemniana barwa szyb w budynku restauracji, które nie zostały jeszcze całkowicie rozbite, nosiły ślady kul. Układały się one w pajęcze wzory znacznie utrudniając widoczność tego, co działo się w środku obiektu.
Sprawy nie wyglądały najlepiej z taktycznego punktu widzenia. Huberty zajmował budynek, który podczas jego budowy podwyższono o jakieś 3 stopy na specjalnym wspornikowym murze biegnącym wzdłuż trzech stron budynku. Dowódca oddziału, Jerry Sanders, znajdował się w trudnej sytuacji: zabójca doskonale widział teren wokół baru, a on miał ograniczoną widoczność i nie mógł ocenić dokładnie sytuacji wewnątrz restauracji. Dopóki więc nie zebrał wystarczających informacji o tym co się tam dzieje, utrzymywał „czerwone światło” dla bezpośredniej akcji swoich ludzi, chyba że napastnik zacznie uciekać.
Przed 17:13 Sanders miał dostatecznie czystą pozycję do oddania strzału. Widoczny był tylko jeden człowiek obwieszony bronią. Morderca zaprzestał strzelania do bezbronnych ludzi. Teraz jego uwagę przyciągnęli policjanci. Podchodził bliżej okien i drzwi, by kontynuować ostrzał. Szyby wypadały z ram. Huberty był widoczny jak na dłoni. Sanders dał „zielone światło” snajperom do zdjęcia ich celu.
Snajper Charles Foster i jego celowniczy, Chuck Bennet, zajęli pozycję za gzymsem na dachu poczty. Bennet dojrzał napastnika. Opis zgadzał się z tym, który właśnie otrzymali przez „walkie-talkie”. Po 17:17, cztery minuty po otrzymaniu „zielonego światła”, Bennet dokładnie namierzył Huberty’ego. Szepnął do Fostera „Jest przy prawym oknie. To on”. Foster nieznacznie wysunął się zza gzymsu. Odnalazł cel w wizjerze lunety. Wziął głęboki oddech, wypuścił powietrze i z wyczuciem nacisnął spust. Pojedyncza kula przebiła się przez ciało Huberty’ego, tuż nad jego sercem, roztrzaskując po drodze rdzeń kręgowy i wylatując na zewnątrz. Pocisk wystrzelono równocześnie z kulą wystrzeloną z M-16 przez oficera zajmującego pozycję poniżej Fostera oraz równocześnie z dwiema kulami wystrzelonymi z rewolweru kal. trzydzieści osiem trzeciego komandosa, ale wszystkie one chybiły celu. Trafiony śmiertelnym strzałem Fostera, Huberty upadł na podłogę. Zapadła przejmująca cisza po siedemdziesięciu pięciu minutach strzelaniny. Foster obserwował przez snajperską lunetę leżące z głową w dół ciało Huberty’ego czekając… Chciał mieć pewność, że szaleniec nie żyje. Dopiero po upływie chwili komandosi S.W.A.T. weszli do restauracji. Ocaleli z masakry klienci przywitali ich z radością i nieopisaną ulgą. „To, co zobaczyłem było potworne” – powiedział później reporterom Times’a, Jerry Sanders – „Wziąłem na ręce drobne ciało jakiegoś zabitego dzieciaka… Był w wieku mojej córki… Przeszedłem przez koszmar… Tak było z większością ludzi z mojego oddziału… Nigdy nie zapomnę tego widoku…”
Na miejscu tragedii prawie natychmiast pojawiły się karetki pogotowia. Ranni zostali zabrani do trzech szpitali. Stacy Rosebrough, rzecznik Bay Hospital Medical Center wyjaśniła, że siedmiu rannych znalazło się w ich szpitalu. Wszyscy byli w znośnym lub w dobrym stanie. Dwóch rannych zidentyfikowano jako Juan Acosta i Felix Astafio. Acosta, trzydziestotrzyletni mieszkaniec Tijuany, otrzymał postrzał w lewe kolano i ramię, natomiast Felix Astafio, dwudziestosześcioletni mieszkaniec San Diego, doznał mniejszych obrażeń klatki piersiowej i szyi.
Vera Brewer, przełożona pielęgniarek w Uniwersity San Diego Hospital oświadczyła, że do ich placówki przyjęto trzy osoby. Mericela Flores i Ronald Hererra znajdowali się w krytycznym stanie. Kobieta miała liczne rany twarzy i klatki piersiowej, zaś mężczyzna poważne rany szyi i klatki piersiowej. Trzecia osoba, kobieta, nie została zidentyfikowana, ale jej stan z powodu rozległych ran głowy, też był ciężki.
Vera Brewer opowiadała, że do szpitala dzwoniło mnóstwo zaniepokojonych osób, które dopytywały się o swoich bliskich lub znajomych obawiając się, że mogły znajdować się podczas strzelaniny w barze. Rzecznik prasowy Municipal Hospital w Chula Vista, Robert Boland, poinformował o przyjęciu pięciu rannych, z których dwie osoby po krótkiej hospitalizacji wypisano do domu. Poza tym w szpitalu pozostała jeszcze troje dzieci: jedenastoletni chłopiec i dziewczynka i sześciomiesięczne niemowlę. Ich stan, na szczęście, lekarze określali jako „w miarę stabilny”.
Łączny bilans masowego mordu był wstrząsający: dwadzieścia jeden osób zginęło od kul szaleńca, a dziewiętnaście odniosło ranny. Najmłodsza ofiara liczyła osiem miesięcy, a najstarsza – siedemdziesiąt cztery lat. Nikt jednak nie był w stanie oszacować psychicznych urazów, tych których najbliżsi stali się śmiertelnym ofiarami zabójcy. Ani tych, którzy przeżyli, ale już do końca życia mieli być naznaczeni psychicznymi ranami.

Gniewny człowiek

James Olivier Huberty urodził się w październiku 1942 r. w Canton, w stanie Ohio. We wczesnych latach pięćdziesiątych, „złotych czasach” powojennych ciężko zachorował na polio ( dziecięce porażenie mózgowe znane jako choroba Heinego-Medina). Choroba objawiała się dokuczliwymi bólami całego ciała, łagodnym paraliżem i utrudnieniem w poruszaniu. Mały Huberty zmuszony był nosić specjalne metalowe klamry, stając się pośmiewiskiem kolegów z klasy. Jako dorosły mężczyzna wciąż miał problemy z chodzeniem, co wyróżniało go spośród innych. Ojciec Huberty’ego wspominał „Cały jego system nerwowy był okaleczony. Wykręcało go… Zmiany pojawiły się jak miał parę lat. Może to dlatego, kiedy dorósł, stał się porywczy?”
Ojciec Huberty’ego, Earl był inspektorem w fabryce łożysk kulkowych, ale tak naprawdę chciał zostać rolnikiem. Kiedy Huberty obchodził siódme urodziny, ojciec spełnił marzenie i kupił farmę trzydzieści kilometrów za miastem, nadal jednak pracował w fabryce. Żona Earl’a, Isel, nie była zadowolona z przeprowadzki i nie zamierzała pracować na roli. Jako osoba bardzo religijna, pewnego dnia „poczuła powołanie” i wyjechała do rezerwatu Indian na zachodzie Stanów szerzyć chrześcijańską wiarę. James’a i jego starszą siostrę Ruth, zostawiła pod opieką Earl’a. W ciągu 1950r. Earl i Isel rozwiedli się. Chłopiec bardzo to przeżył. Nie mógł zrozumieć dlaczego Bóg zesłał na niego tyle cierpienia: chorobę i odejście matki.
Bertha Eggerman, która mieszkała nieopodal farmy Hubertych wspominała: „Jimmy był samotnikiem, ale nie był złym chłopcem. Najwięcej czasu spędzał z samym sobą. Unikał ludzi, nie chciał z nimi rozmawiać”. Według Berthy Eggerman jedyną rzeczą, która naprawdę go interesowała, była broń. Alte Miller, farmer-sąsiad, zgadza się z ta opinią: „On był urodzonym strzelcem. Strzelał do drzew, głów kapusty… Był bezbłędny.” Etna, żona Huberty’ego, tak opisywała młodzieńcze lata jej męża. „Miał bardzo nieszczęśliwe dzieciństwo. Był bardzo smutny. Pochodził z rozbitej rodziny. Czuł się bardzo samotnie. Jego najbliższym i jedynym przyjacielem był pies Ship”.
Mimo nieszczęśliwego dzieciństwa, życie dorosłego Huberty’ego układało się całkiem znośnie. Powojenne czasy były okresem gospodarczej prosperity, dzięki czemu nawet przed mało utalentowanymi otwierały się ogromne możliwości. Huberty, którego David Lombardi, pastor kościoła protestanckiego w Canton, określił jako „przeciętnie inteligentnego” zapisał się, po ukończeniu szkoły średniej w Apple Creek, do Mallone College, niewielkiej uczelni, w której wykładano nauki humanistyczne. Tam poznał swoją przyszłą żonę, Etnę Markland. Po ukończeniu szkoły rozpoczął starania o uzyskanie licencji specjalisty od balsamowania zwłok i przedsiębiorcy pogrzebowego. Poprzedni kolega po fachu, Reverend Denis Dean, zauważył, że Huberty posiadał „sporą wiedzę o balistyce…. Kolekcjonował broń… Żył nią … Na jej temat był gadatliwy, ale poza tym powściągliwy”.
. W 1965 r. ożenił się z Etną, a uroczystość ślubna odbyła się w kościele w Canton. Ceremonii przewodniczył pastor Lombardi, który znał oboje małżonków bardzo dobrze. Rodzice Etny byli aktywnymi członkami parafii pastora, podobnie jak matka James’a, która z dużym zapałem udzielała się w kościele do czasu, gdy poczuła „powołanie” do pracy misyjnej. Lombardi tak zapamiętał męża Etny „Kiedy z nim przebywałeś, odnosiłeś wrażenie, że coś ukrywa. Był zamkniętym człowiekiem. Typowy samotnik stroniący od ludzi. Czasem bywał też porywczy.”
Zamknięty, czy nie, życie Huberty’ego układało się bez większych kłopotów. W 1971 r. on i Etna przeprowadzili się do dużego, zbudowanego z czerwonej cegły, domu w dzielnicy klasy średniej w Massillon (stan Ohio) dziesięć mil na zachód od Canton. Wyremontowali go i umeblowali. W 1975 r. Huberty otrzymał licencję Instytutu Pogrzebowego w Pittsburghu na wykonywanie zawodu specjalisty od balsamowania zwłok. Ale w branży pogrzebowej nie zrobił kariery. W zamian dostał pracę w Babcock and Wilcox, przedsiębiorstwie robót komunalnych w Canton. Don Williams, właściciel zakładu pogrzebowego, w którym Huberty odbywał praktykę wspominał: „Powiedziałem mu, że wybrał złą branżę. Był dobrym pracownikiem, ale nie potrafił rozmawiać z ludźmi. Dlatego lepiej, że został spawaczem. Mógł założyć ochronna maskę i być sobą.”
Huberty i jego żona zadowoleni byli z dobrze płatnej, stałej pracy spawacza. Arlen Vorsteeg, psycholog sądowy, zajmujący się sprawą Huberty’ego opowiadała, że było ich stać na opłaty za dom, który Etna nazywała „ich domem”. Było ich stać także na zainwestowanie w sześciosegmentowy apartament przylegający do ich domu. Ambicją Huberty’ego stało się prowadzenie godziwego i wygodnego życia. Pragnął też zamieszkiwać w porządnej dzielnicy klasy średniej wraz z żoną i dwójką dzieci (dwie córki: Zeila i Cassandra zwana Bobbi). W 1971 r. ta ambitne plany zostały zrealizowane, a marzenia o rodzinnym ognisku domowym urzeczywistnione.
Poza rodziną Huberty nie miał przyjaciół, z którymi mógłby porozmawiać. Nie był zbyt towarzyski. Był nieśmiały. Właściwie to nawet nie lubił przebywać w towarzystwie ludzi. „Może i on był dobrym ojcem, ale nie był zdolny do nawiązywania głębszych kontaktów z innymi.” twierdziła Arlen Versteeg. Dom i rodzina dawały mu poczucie sensu. Były spełnieniem snu o cieple rodzinnym, którego w dzieciństwie, był pozbawiony. Nie potrafił jednak zapanować nad gwałtownym usposobieniem i niekiedy zdarzało się, że bił żonę i dzieci.
. Fanatycznie wyznawał zasadę dotyczącą świętości prywatnego terenu i prywatnej własności. Wierzył też, że każdy ma prawo do życia zgodnego z własnym sumieniem i do… własnego samochodu. Miał zwyczaj wywieszać na ogrodzeniu swojej posiadłości ostrzegające tablice z napisami „zakaz wstępu”, które miały chronić jego posesję przed wieśniakami i zwierzętami. Pełne nienawiści kłótnie o psy z sąsiadami były na porządku dziennym. Cindy Straight, która mieszkała po drugiej stronie ulicy, była świadkiem jednej z takich konfrontacji między Huberty’m a jej ojcem. Zabłąkany pies Straightów wypróżnił się na trawniku przed frontem domu Hubertych. „Huberty poszedł do domu po wielką strzelbę, przebiegł z nią przez ulicę, a potem ścieżką skręcił w kierunku naszego domu. Broń była gotowa do strzału. Na szczęście ojciec przekonał go, żeby nie strzelał i go uspokoił. Później ojciec oświadczył nam, że jego noga więcej nie postanie na terenie Hubertych” opowiadała Cindy Straight. Zdaniem Etny jej mąż „zawsze był nerwowy i czasem nie wytrzymywał presji”.
Na uboczu nieustannych kłótni ze sąsiadami, Huberty i jego rodzina, cieszyła się dekadą szczęśliwych i udanych lat. Mając na uwadze wspomnienia z ich pobytu w Masillion, Etna uważała, że „James przegrał, bo był wartościową osobą”.
W początkach lat 80-tych wszystko zmieniło się na gorsze. Kiedy nastały ciężkie czasy w tym regionie kraju, zakład Babock and Wilcox, został zamknięty, bo przestał być rentowny. „Mój mąż zakończył pracę 15 listopada 1882 r.” – wspominała Etna – „Jego dotychczasowy świat zawalił się”. Natychmiast próbował sprzedać dom, ale pośrednik nieruchomości, oszukał ich przy sprzedaży. „Mój mąż był bardzo rozgniewany” – mówiła – „Pięć i pół miesiąca później dostał nową pracę”. Ale nowy pracodawca też musiał zlikwidować miejsca pracy i Huberty wylądował na zasiłku dla bezrobotnych, na którym przebywał przez większość roku 1983. Utrata dwóch posad w takim szybkim czasie załamała go. Próbował nawet popełnić samobójstwo. Etna pamiętała, że: „trzymał w ręku ten mały, srebrny pistolet. Często lubił się bawić bronią. Ale teraz trzymał go wycelowanego w swoją głowę. Odciągnęłam powoli jego ramię. Odgięłam palce zaciśnięte na rękojeści. A potem szybko opuściłam pokój i schowałam broń. Kiedy wróciłam, James siedział na sofie i płakał.”
Większość agresji Huberty’ego nie była jednak skierowana na siebie, ale na innych ludzi. Terry Kelly, dawny kolega wyjawił Akron Beacon Journal, że zwierzył mu się kiedyś: „Nie mam nic, niczego nie osiągnąłem. Żadnej pracy… niczego”. Stwierdził, że to jest koniec jego życia i dlatego zamierzał zabrać „ze sobą każdego”. „On zawsze mówił że zamierza kogoś zabić”. Z kolei James Aslanes, inny znajomy wspominał, że Huberty „chciał opuścić kraj, który nie potraktował go dobrze. Gdzie wszystko było przeciw robotnikom”. O swoje życiowe problemy obwiniał tak odległe instytucje, jak prezydenta Cartera, później Reagana, Komisję Trójstronna, Zarząd Sytemu Rezerwy Federalnej i stawki procentowe. Niektórzy ludzie, którzy słyszeli jego krytykę rządowych instytucji, uważali go za komunistę. Etna nie zgadzała się z tą opinią: „Jeśli już, to był raczej nazistą”. W 1983 r., Huberty stawał się coraz bardziej sfrustrowany i zgorzkniały. Na domiar złego we wrześniu tego roku przydarzył mu się wypadek samochodowy. To było jedno z kilku przykrych zdarzeń, które przytrafiły mu się w krótkim czasie (był także aresztowany za zakłócanie porządku publicznego na stacji benzynowej). Zdaniem Etny, obrażenia, których doznał w czasie wrześniowego wypadku w 83r., zaostrzyły dolegliwości bólowe Huberty’ego, spowodowane chorobą z dzieciństwa. Objawiały się nieprzyjemnym drętwieniem i drżeniem jednej ręki.
Kiedy swój gniew Huberty skupiał na obcych, dopadała go depresja. Etna i córki Huberty’ego starały się schodzić mu wtedy z drogi. Etna z troską i oddaniem zajmowała się domem i dziećmi, ale i tak atmosfera była napięta. Mąż Etny był się coraz bardziej przygnębiony i gderliwy. Czuł, ze coś powinien zrobić, cos zmienić, cokolwiek. Ale pozostały mu tylko wspomnienia pomyślnych, szczęśliwych dni i coraz silniejsze przekonanie o ich bezpowrotnej stracie.
Jesienią 1983 r. on i Etna, wciąż próbowali wyprzedać pozostałą cześć swoich włości w Massilion. „Kiedy okazało się, że pieniądze ze sprzedaży domu i innych nieruchomości są marne, a zysk żaden, mój mąż wpadł na pomysł, żeby przenieść się do Kalifornii i żyć godziwie” wspominała Etna. Sąsiedzi słyszeli o planach rodzinny Hubertych, ale ich wyjazdu nie zauważyli, tak szybko wybyli na zachód USA. Sytuacja z ich posiadłością wciąż nie została do końca uregulowana.
. James i Etna wraz z córkami zatrzymywali się w przygranicznych miastach na południe stanu Kalifornia i poniżej San Diego. Przeprowadzali się od mieszkania, do mieszkania: więcej razy w ciągu tych dziesięciu miesięcy niż w ciągu dziesięciu poprzednich lat. W końcu w styczniu 1984 r. zatrzymali się w San Ysidro i zamieszkali w dużym apartamentowcu. Byli jedyną angloamerykańską rodziną pośród mówiących po hiszpańsku lokatorów. Według opinii Etny, jej mąż, zupełnie nie pasował do latynoskiej społeczności. Nie znal hiszpańskiego. Czuł się zagubiony, odrzucony i nie rozumiany. W jego głowie tkwiło przeświadczenie, że okres życia spędzony w Ohio był szczęśliwy. I może dlatego nie mógł się dostosować do życia w Kalifornii: w innym miejscu i innych okolicznościach. „Pytałam go, czy nie chce wrócić do Ohio, ale odpowiadał zrezygnowany, że nic już tam nie ma, poza chłodną zimą i wysokimi czynszami.”
Zdaniem Sandy Martinez, asystentki kierownika apartamentowca, w którym mieszkała rodzina Hubertych, mąż Etny „był spokojnym człowiekiem, ale dostawał szału w obecności kogoś obcego. Zawsze był niezadowolony.” Jeden z sąsiadów był świadkiem jak Huberty pewnej nocy dostrzegł złodzieja próbującego ukraść mu motocykl. Strzelał do niego, żeby go odstraszyć. Psycholog Versteeg, wyjawiła że Huberty miał w zwyczaju „straszyć” także swoja żonę i dzieci, ale Etna nie traktowała tego poważnie. Uważała go nie za pomylonego, ale za samotnego i wyizolowanego człowieka. Wiedziała także, że staje się coraz bardziej zafascynowany bronią, zabijaniem i wojną.
Załamany utratą szczęśliwego, rodzinnego życia, którego kiedyś zaznał, Huberty odnalazł ponury sens w idei, że wszystko, cały świat zmierza do końca i on wierzył, że nastąpi to wcześniej czy później. Wcześniejsza fascynacja bronią i magazynami o broni przerodziła się w fascynację przemocą, destrukcją, wojnami i światową zagładą. Jednocześnie Huberty zdawał sobie sprawę, że coś się z nim dzieje niedobrego, że może stracić kontrolę nad swoimi destrukcyjnymi myślami i że sam może stać się zagładą dla innych. Czuł, że potrzebuje jakiejś pomocy. Etna wyznała, że pewnego dnia jej mąż podszedł do policyjnego patrolu i zażądał, żeby go aresztowano jako wojennego zbrodniarza. Policja przesłuchała go, a potem zwolniła.
W czerwcu 1984 r. Huberty wraz z rodziną opuścił apartamentowiec na Cotonwood i przeniósł się do innego w San Ysdro. Nie był tam szczęśliwy. Według gazety New York Times, Huberty walczył o utrzymanie się w środowisku klasy średniej, ale wciąż obracał się w zubożałym sąsiedztwie. Lokatorzy twierdzili, że Huberty ubierał się schludnie, nosił się „jak kierownik”. Jeden z jego nowych sąsiadów opowiadał, że kiedy mijali się na ulicy pozdrawiał Huberty’ego przyjacielsko „hello”, ale on nigdy nie odpowiadał. „Przechodził koło mnie wyniosły, a wyglądał jak przeciętny facet, zwłaszcza jego twarz… Nigdy nie widziałem go uśmiechniętego.”
Huberty szukał nowej pracy w okolicach południowych rejonów San Diego. Miał na oku posadę w firmie ochroniarskiej, ale – jak wyjaśniła Marianne Sides, sekretarka zatrudniona w firmie – „Nie został u nas zatrudniony. Tak naprawdę, to było jedno, wielkie „nie”, które wyłaniało się ze czterostronicowej aplikacji i wywiadu przeprowadzonego przez nas. Był nastawiony konfliktowo. Nie nadawał się”. W końcu znalazł pracę w innej firmie, agencji ochroniarskiej, gdzie zajmował się pilnowaniem kompleksu budynków-bliźniaków. Po kilku tygodniach, 10 lipca został, zwolniony, bo jego przełożeni uznali, że jest chwiejny i niepewny. Huberty natomiast uznał, że za jego zwolnieniem stoi Departament Obrony USA.
„Zamiast pracy i szczęścia, znalazł w Kalifornii gorycz i stracone złudzenia.” wspominała Etna. Te słowa usłyszała właśnie od niego. Wypominał jej też, że kiedy próbował popełnić samobójstwo, powinna była mu na to pozwolić.
Mniej więcej w tym samy czasie, Huberty otrzymał list od swojego ojca, z którym od lat nie utrzymywał żadnych kontaktów. To było wielkie wydarzenie, tym bardziej, że jak się okazało był to ostatni list przysłany do syna przez ojca. List zawierał fotografię fresku, który ojciec właśnie ukończył odnawiać. Fresk znajdował się w tutejszym kościele i przedstawiał rzekę Jordan wpływająca do Morza Galilejskiego. „Miałem nadzieję, że przyjedzie na dzień, zobaczyć to na własne oczy.” – Earl Huberty opowiadał dziennikarzom – „Ale było już za późno”.
We wtorek 17 lipca, Huberty wyjawił żonie, że próbował umówić się na wizytę w klinice zdrowia psychicznego, bo miał niejasne przeczucie, że potrzebuje pomocy specjalistów. Powiedział, że mieli do niego oddzwonić. Czekał przy telefonie, ale nikt nie zadzwonił. W końcu stracił cierpliwość i powiedział Etnie, że zamierza przejechać się motocyklem na Imperial Beach. Kiedy wyszedł, Etna przedzwoniła do kliniki, ale nikt tam nie wiedział, by ktoś miał skontaktować się z „Panem Hubertym”. Dyrektor Klinki tłumaczył potem, że gdyby Huberty powiedział, że ma broń albo w inny sposób zwrócił uwagę na swój rzeczywisty stan psychiczny, natychmiast zostałby przyjęty.
Następnego ranka, w środę 18 lipca, Huberty pojechał do sądu grodzkiego w San Diego, gdzie zdaniem szefa policji, „został łagodnie potraktowany” w sprawie mandatu drogowego. Później pojechali na lunch do restauracji McDonald’s, tej samej w której za parę godzin miała rozegrać się tragedia. Potem udali się do zoo. Patrząc na zwierzęta zamknięte w klatkach, uświadomił sobie, że jest jak one: zamknięty, przegrany… To chyba wtedy ostatecznie zadecydował o tym, by jego fantazje o zniszczeniu i odwecie stały się realne. „Społeczeństwo dostało swoją szansę” powiedział do zdziwionej Etny.
Niektórzy dziennikarze sugerowali, że Huberty pokłócił się w dniu masakry, ale nie znalazło to potwierdzenia w rzeczywistości. W południe oboje siedzieli w swojej sypialni. Huberty wstał i zaczął nakładać spodnie-panterki i czarny t-shirt. Chciał wyjść z domu. „Dokąd idziesz?” spytała Etna, „Zamierzam zapolować na ludzi” odrzekł ponuro. Skończył ubieranie. Kiedy opuszczał dom o 15:45 powiedział: „Wybieram się niedaleko”. „Nie chcesz zostać z nami” zapytała Etna, „Nie” odparł. Etna powiedziała mu, że człowiek, który kupił ich dom w Massilion był gotów zrekompensować niekorzystną transakcję, a nawet pomóc w otwarciu własnego interesu. Ale jej mąż nie słuchał. Wyszedł z domu.
Huberty nie miał już nadziei, że cokolwiek jest w stanie odmienić jego życie. Wiedział już, że dobiegło ono końca.
Z sercem wypełnionym gniewem i chęcią zemsty wsiadł do swojego starego, poobijanego forda Mercury Marqiusa z naklejoną na zderzaku nalepką: „Nie jestem głuchy. Po prostu, cię olewam” i ruszył w kierunku pobliskiego baru McDonald’s. Restauracja posiadała szczególne właściwości, wprost idealne dla realizacji ostatniego gestu Huberty’ego. Po pierwsze była otwarta dla mieszkańców nadgranicznego meksykańskiego miasteczka Tijuany, a Huberty ze swoimi prawicowymi poglądami, czuł do „obcych” urazę. Traktował ich jako gorszych od siebie, a tymczasem to oni mieli pracę i swojsko czuli się w barze należącym do białej, średniej-klasy.
Po drugie: Huberty często bywał w tym miejscu i widział szczęśliwe rodziny, zadowolone z życia, cieszące się swoja bliskością, czyli to wszystko, czego sam pragnął, ale nie potrafił zdobyć.
Po trzecie firma Mc Donald’s jest jedną z największych światowych korporacji, symbolem narodowym i ważny element amerykańskiego krajobrazu. Była też okrutną, choć nieświadomą, imitacją marzeń Huberty’ego o szczęśliwym życiu rodzinnym, które McDonald’s tak bardzo idealizował.
Ani autopsja zwłok Huberty’ego, ani uczone analizy wydarzeń z San Ysidro nie doprowadziły do jednoznacznej odpowiedzi: dlaczego doszło to tak tragicznego w skutkach wybuchu agresji jednego, sfrustrowanego człowieka. Ojciec jednej z ofiar, Carlos Lopez, podsumował to w ten sposób:” To mogło zdarzyć się wszędzie”.

Koszmarne wspomnienia

Dziesięć lat po tragedii z 18 lipca 1984 r. dziennikarze Times’a postanowili odnaleźć uczestników „wydarzeń, które wstrząsnęły Ameryką” i dowiedzieć się jak wygląda ich życie po koszmarze, którego doświadczyli.
. A oto ich relacje:
Trzech chłopców leżało nieruchomo na chodniku przed restauracją McDonald’s, a i ich ciała podziurawione były ołowiem. Jednym z nich, który cudem ocalał, jest dwudziestojednoletni dziś Joshua Coleman, ślusarz z zawodu, który pomaga budować autostrady i mosty.
18 lipca 1984 r., kiedy od kul James’a Huberty’ego zginęło dwadzieścia jeden osób, wielu z tych, którzy przeżyli, prześladują koszmarne wspomnienia z tamtego dnia. Ale Coleman twierdzi, że on do nich nie należy. „Pamiętam dokładnie, co się wydarzyło tego dnia i za każdym razem myślę o moich przyjaciołach”. Tego dnia Coleman, Omar Hernandez i David Flores zamierzali kupić pączki w cukierni znajdującej się niedaleko restauracji, ale Joshua miał ochotę na lody. Zatrzymali więc swoje rowery przed McDonald’s.
Stali na chodniku, gdy jedenastoletni Joshua usłyszał krzyczącego mężczyznę. Obrócił się i został trafiony. Przewrócił się na chodnik, a cała jego prawa strona była podziurawiona śrutem z dubeltówki. Jego kumple stali obok, a szaleniec wciąż strzelał trafiając ich śmiertelnie. Joshua zareagował instynktownie – leżał nieruchomo i udawał martwego. Jak? „Nie wiem… miałem szczęście. Strzelał do nas… i kiedy myślę o tamtej chwili, zawsze dochodzę do tego samego wniosku – udawać martwego”.
Rodzice Joshuy Colemana przenieśli go do innej szkoły, z dala od ciekawskich rówieśników zasypujących go pytaniami. Nie potrzebował terapeuty, bo on i jego rodzice wierzyli, że upora się z tym, co przeżył. Wciąż trzyma duże pudełko po butach, w których kolekcjonuje setki listów od obcych ludzi. Gratulowali mu odwagi i wspierali dobrym słowem.
Bohaterem mógł stać się tez dwudziestojednoletni student collegu. Ken Dickey, który stał za ladą w barze i dorabiał w czasie wakacji. „Przez wiele dni po tym wydarzeniu zastanawiałem się, co mogłem zrobić. Mogłem znaleźć jakiś metalowy przedmiot uderzyć bandytę w głowę… Wtedy zostałbym bohaterem. Ale nie zrobiłem tego… Byłem tak przerażony, że modliłem się tylko, żeby mnie nie dorwał… a potem skorzystałem z chwili nieuwagi mordercy i czmychnąłem do pomieszczenia pomocniczego na zapleczu. Później dołączyły do mnie jeszcze trzy pracownice, kobieta z dzieckiem i krwawiący mężczyzna”. Stłoczeni, w zatęchłym pomieszczeniu, przeczekali cały morderczy atak Huberty’ego. Dopiero policja wydostała ich stamtąd. Po wyjściu ujrzeli rozbryzganą krew na ścianach i martwe ciała w kałużach krwi.
. Dziesięć lat po masakrze w McDonald’s, Dickey zamieszkał w Payette, małym miasteczku w stanie Idaho, z żoną i dwuletnią córką. Znalazł pracę w miejscowej szkole jako nauczyciel chemii. Wraca do San Diego tylko, żeby odwiedzić rodziców i stara się nie myśleć o tym, co zaszło w San Ysidro upalnego lata 1984r.
Przez rok Aurora Pean-Riviera nie mogła rozmawiać o swoich traumatycznych przeżyciach. O tym, że została postrzelona w szczękę, że straciła dwoje przyjaciół, ciotkę i dziecko kuzynki. O tym, że leżą martwi obok niej… Nawet najdrobniejsze sprawy przywołują upiorne wspomnienia. „Weszłam do baru i zobaczyłam tego człowieka. Krzyczał i wymachiwał bronią… Nigdy go nie zapomnę, ani tego co wydarzyło się potem” Aurora popadała w depresję. Terapia nie przynosiła poprawy. Po kilku latach nauczyła się jednak żyć z poczuciem bezpowrotnej straty, winą i pytaniami bez odpowiedzi. „Przedtem zwykłam pytać się samą siebie: dlaczego to się stało? Dlaczego właśnie my? Dlaczego dziecko? Przecież ono było niewinne… ale teraz rozumiem, że to jest egoistyczne myślenie. Bo jeśli to nie przytrafiłoby się nam, to mogło się przytrafić komuś innemu”.
Aurorra miała jedenaście lat, gdy z jej ciotką, krewnymi i przyjaciółmi udała się do restauracji na lunch. Kiedy Huberty zaczął strzelać, rzuciła się na podłogę mocno zaciskając oczy w obawie przed patrzeniem. Potem zdobyła się na odwagę. „Wydawało mi się, że jest daleko. Otworzyłam oczy i on mnie wtedy dojrzał. Podszedł do lady na której trzymał torbę. Wyciągnął strzelbę i strzelił do mnie”.
W 1994 r. Aurrora ma dwadzieścia jeden lat i dziewięciomiesięczną córkę. Pracuje jako asystent w wydziale administracyjnym Marynarki Wojennej. Pewnego dnia w Kmont, spotkała matkę Omara, kolegi Joshuy, Adeline Hernandez. „Przytuliła i wycałowała mnie serdecznie, a potem spytała co porabiam. Odpowiedziałam, że wyszłam za maż. Była zdziwiona. A moja mama, która była ze mną zauważyła, że jestem już dorosła. Adeline odparła, że rzeczywiście, jej syn też byłby teraz dorosłym mężczyzną „.
Adeline Hernandez wciąż otacza się dziećmi – pracuje w szkole podstawowej w Sunset, do której uczęszczał Omar. Dzieci przypominają jej o nim. „To dobra terapia. To jest moje lekarstwo”. Wylewność i witalność dzieciaków, które mówią do niej „babciu” pomagają matce Omara uporać się z każdym następnym dniem bez ukochanego synka. Pomagają zapomnieć widok jej nieżywego małego chłopca i ciężkie dni, które potem przyszły… Przykre uczucia nie są już tak intensywne. Rzadko wpada w przygnębienie. A kiedy nie może mu się oprzec, włącza magnetowid i ogląda domowe video z udziałem jej syna, znajdując w tym szczęśliwych obrazach ukojenie.
. Etna Huberty i jej dwie córki: Zelia i Bobbi, po śmierci Jamesa przeżywały trudne chwile. Otrzymywały pogróżki, a młodsza córka była szykanowana w szkole. W ciągu roku dwa razy musiały zmieniać szkołę. Dziesięć lat po tragedii z 18 lipca 1984 r., Etna ma pięćdziesiąt dwa lata i mieszka z dorosłymi córkami w biednej, robotniczej dzielnicy Spring Valley dwadzieścia mil na wschód od San Yisidro.
Jej dom to duży van-karawan, bez kół, stojący na podwórzu, na którym walają się wraki starych samochodów. Huberty ma siwe włosy, krótko ostrzyżone. Jej twarz jest postarzała, a oczy zmęczone. Pracuje jako domowa pielęgniarka Reporterowi, który chciał z nią przeprowadzić wywiad, zwierzyła się, że nie ma na opłacenie czynszu. Była skłonna opowiedzieć o sobie i o tamtych wydarzeniach za 400 dolarów…
Jakiś czas po masakrze Etna wytoczyła powództwo przeciw McDonalds żądając wypłaty 5 mln. dolarów odszkodowania twierdząc, że to glutaminian sodu zawarty w niezdrowym jedzeniu, serwowanym przez McDonalds w połączeniu z kadmem i ołowiem, które odkładały się w organizmie Huberty’ego podczas wykonywania pracy spawacza, stały się przyczyną szaleńczej żądzy zabijania, która ogarnęła jej męża. Pozew został jednak odrzucony.
Etna wspomina, że tuż przed godziną 16tą, owego feralnego dnia, Huberty pocałował ją na pożegnanie, co było dosyć niezwykłe. Dodał zaraz, że zamierza „zapolować na ludzi”, co już nie było niczym niezwykłym, gdyż Huberty często mówił różne, szalone rzeczy… Zdążył się pożegnać jeszcze z dwunastoletnią Zelią, której powiedział, że nie wróci… a potem zabrał torbę wyładowaną bronią i wsiadł do swoje starego forda marquisa. Policja stwierdziła, że w czasie strzelaniny, która potem miała miejsce, wystrzelił co najmniej 250 kul…
McDonalds zamknął bar w San Ysidro i utworzył fundusz w wysokości miliona dolarów na rzecz ocalałych z masakry. Potem budynek został zburzony, a teren podarowany władzom miejskim na publiczny park.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *