„American Psycho” USA, 2000 reżyseria: Mary Harron [Marcin]

Po adaptacji genialnej powieści B. E. Ellisa pt. „American Psycho” można by spodziewać się naprawdę dużo. Z jednej strony trzeba ciekawie przedstawić długie czasami monologi głównego bohatera – Bateman’a, z drugiej strony – nie dać się ponieść łatwej pokusie wiernego oddania krwawych scen i zrobienia w ten sposób przeciętnego horroru klasy B. Mary Harron udało się dokonać obu tych rzeczy, ale niestety tylko połowicznie.
Jeśli chodzi o dialogi i, co ważniejsze, monologi – rzecz ma się bardzo dobrze. Christian Bale jest jakby stworzony do roli Batemana – czasem nieco dziwne kwestie brzmią w jego ustach tak naturalnie, jak gdyby mówił o sobie. Brutalne skądinąd sceny morderstw również zostały bardzo ładnie wplecione w akcję – nie zajmują w filmie głównej roli, nie są przesadnie krwawe, ani przykłuwające uwagę – ot, od czasu do czasu pojawia się sporo krwi i drastyczne sceny, ale wszystko – dokładnie jak w książce – nierozerwalnie i swobodnie łączy się ze „zwykłą” akcją.
Czego natomiast pochwalić nie można to sama adaptacja treści książki. Faktem jest, że nie dałoby się w ok. 100 minutowym filmie „upchnąć” akcji całej powieści, ale wydaje mi się, że można było to zrobić lepiej. Skrócić niektóre wątki, niektóre rozszerzyć. Ja na przykład po przeczytaniu książki odniosłem wrażenie, że fabuła filmu jest nieco chaotyczna, choć przed lekturą bardzo mi się podobała.
Mimo tych lekkich niedociągnięć film nie jest słaby – jest prawie dobry, co nie zmienia faktu, że lektura książki dostarcza o wiele ciekawszych wrażeń.

„Człowiek pogryzł psa” /C’est arrive pres de chez vous/ Belgia, 1992 reżyseria: Remy Belvaux [Marcin]

Nie wiem już dokładnie skąd dowiedziałem się o tym filmie. Czasem można go łatwiej znaleźć pod angielskim tytułem „Man bites dog” – to ten sam film. Jest to czarno-biały dokument o seryjnym mordercy, gwałcicielu, złodzieju. Ekipa filmowa – trzech ludzi, towarzyszy Benoit’owi w jego ‚codziennych sprawach’. On natomiast raz zabija listonosza by włazić bezkarnie do domu starszym ludziom, innym razem udaje reportera chcącego zrobić reportaż o samotności w blokach jeszcze innym razem natomiast wchodzi do mieszkania i na oczach męża gwałci żonę, którą następnie… zabija w sposób daleko nieludzki. Nie można powiedzieć, żeby nie czerpał z tego jakiejś przyjemności ale jego motywem jest rabunek. Nie to jednak jest w tym filmie najważniejsze. Ten film pokazuje czyste zło, uświadamia jak można zabijać i bawić się jednocześnie. „Bohater” wydaje się zupełnie obojętny na ból, krew, błaganie o litość. Starsi, dzieci, kobiety – nie jest ważne kogo zabija – ważne tylko ile z tego może mieć. Nie chcę powiedzieć, że ten film porusza, bo to zabrzmiałoby zbyt patetycznie, ale nie przechodzi się obok niego obojętnie.
Warto też zwrócić uwagę jak pokazane jest stopniowe zobojętnienie ekipy filmowej towarzyszącej bohaterowi. Nie zdradzając zakończenia powiem tylko, że ma w sobie sporo prawdy – mianowicie, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. Ten film nie ma pięknego montażu, muzyki nie ma chyba w ogóle, cały jest czarno biały i słabej jakości. Jednak to wszystko nic, kiedy już się go obejrzy. Bohater przebija wszystkie znane mi postacie z filmów swoją spontanicznością w czynieniu zła, jeśli można to tak nazwać. Zabija czasem zupełnie niespodziewanie, bez zastanowienia, niemal odruchowo. Jednak swierdzenie, że jest szalony czy niepoczytalny byłoby tu dużym uproszczeniem. To typ zabójcy niezorganizowanego, ale na pewno nie imbecyla. Można śmiało powiedzieć, że jego tolerancja na śmierć pod każdą postacią jest po prostu dużo większa niż u innych. To pozwala mu robić rzeczy, które robi z wyrazem twarzy człowieka szczęsliwego i beztroskiego.
Pierwsze co przychodzi do głowy po obejrzeniu to podobieństwo do „Urodzonych morderców”, jednak po głębszym zastanowieniu – oba filmy bardzo się różnią. Według mnie, w porównaniu lepiej wypada europejska produkcja, jednak ten film trzeba zobaczyć samemu.

„Hunting Humans” /Hunting humans/ USA, 2002 reżyseria: Kevin Kangas [Marcin]

Hunting Humans to jeden z najgorszych filmów jakie oglądałem w moim życiu. Nie tylko fabuła nie jest ciekawa, ale również samo wykonanie filmu pozostawia wiele do życzenia. Niektóre ujęcia zakrawają dosłownie na niszowe porno a nie na film o seryjnym mordercy. Podczas całego filmu narrację prowadzi główny ‚bohater’, w którego rolę wcielił się Rick Ganz. Jest to niewątpliwie najgorszy aktor jakiego widziałem na dużym ekranie. Jego twarz i mimika przywodzi na myśl amatorskie produkcje – tego porównania nie da się uniknąć. Twarz tego ‚aktora’ nie wyraża ani jednej emocji, nie skłania do żadnych przemyśleń. Jego pseudo-zdenerwowanie i pseudo-pożądanie nie da się porównać z niczym co do tej pory widziałem. Jest to aktorstwo z najniższej półki. Na domiar złego – jego narracja podczas całego filmu staje się już po pierwszych 10 minutach męcząca i mocno przerysowana. W filmie nie ma ani chwili napięcia, nic nie jest zaskoczeniem, wszystko jest przejaskrawione. Jedyną ciekawą sceną jest masowe morderstwo w kinie, dokonane przez głównego bohatera. Pomysł jest naprawdę ciekawy, wykonanie równie interesujące. Niestety – komentarze ‚bohatera’ psują wszystko, cokolwiek w tej scenie mogło się podobać.
Zupełnie pozbawiona emocji, psychologiczna ‚walka’ głównego bohatera z innym seryjnym mordercš grasujšcym w mieście i polujšcym, co gorsza, na niego, nie dość, że nie wywołuje emocji – to jest niesamowicie przewidywalna, prostacka i denerwujšca. Nagłe ‚zwroty akcji’, które tak naprawdę sš marnš kopiš scen z innych filmów, sš żenujšco oklepane i przypominajš naprawdę kiepskiego formatu horrory klasy B albo undergroundowe filmy pornograficzne. Najgorsze przychodzi jednak dopiero na końcu, kiedy to dochodzi do ostatecznego rozwišzania – do spotkania obu morderców – po obejrzeniu tej sceny można odnieść wrażenie, że film ten został nakręcony przez piętnastolatka i zastanawia fakt, że jakiś producent zdecydował się go w ogóle sfinansować. Scena jest próbš dowartościowania filmu przez jakieś napięcie, dziwnego pochodzenia, które skšdinšd nie jest żadnym napięciem – powoduje tylko jeszcze większš frustrację u widza. Gdybym oglšdał ten film w kinie, na pewno żałowałbym każdej złotówki wydanej na bilet. Słowem: jeśli jesteście dosyć prości i chcecie stracić 1,5 godziny: polecam ‚Hunting Humans’. W razie nie spełnienia założeń: nawet nie patrzcie na opis 🙂

„Obywatel X” /Citizen X/ USA, 1995, reżyseria: Chris Gerolmo [Marcin]

Obywatel X to dzieje Andreja Czikatiło – seryjnego mordercy z Rosji.  Jeśli chodzi o sam film, to można powiedzieć, że jest to niezła próba pokazania bezradności i dyletanctwa rosyjskiej policji w starciu z tym całkiem nieźle zorganizowanym starszym panem. Ocena 4+ jest głównie za dobre oddanie treści życia Czikatiło i brak moralizatorstwa, a mniej za wykonanie.

„Psychopata” /Copycat/ USA, 1995 reżyseria: Jon Amiel [Marcin]

Psychopata – to tytułowy bohater tego filmu. Jest on nie tyle zafascynowany, co zapatrzony w najbardziej znanych seryjnych morderców. Kolejno zabija ludzi w identyczny sposób i nawet w tych samych warunkach, co ci „najwięksi” jego poprzednicy. Każda osoba jest przez niego mordowana inaczej, każdego serjnego mordercę naśladuje zabijając w jego stylu jedną ofiarę.
Mamy tu eksperta od seryjnych: Helen Hudson (Sigourney Weaver) i parę zwykłych, niezorientowanych w temacie policjantów (Holly Hunter, Dermot Mulorney). Zaczynają współpracować i w końcu łapią niebezpiecznego „psychopatę”.
Wg mnie film nie ma absolutnie żadnego klimatu, jest trochę płytki. Dobrze pokazana jest bezradność policji w walce z seryjnymi mordercami. Mimo bardzo ciekawego pomysłu na tytułowego bohatera (fascynat seryjnych morderców naśladujący ich sposoby mordowania) sam film już taki nie jest. Trąci przeciętnością, a pomysł był nawet dobry.

„Siedem” /Seven/ USA, 1995, reżyseria: David Fincher [Marcin]

Film opowiada o seryjnym mordercy, typie „fanatyka”. Uważa się on za wybrańca, który powinien pokazać ludziom jak fałszywy i bluźnierczy jest sposób w jaki żyją. Dlatego zabija po kolei tych, którzy otwarcie, na oczach wszystkich łamią grzechy główne: adwokata, prostytutkę, człowieka bardzo otyłego, który uległ grzechowi obżarstwa. W miejscach zbrodni wypisuje ich krwią nazwy występków, których się dopuścili. Jego misternego planu dopełnia pojmanie przez policję i tragiczny, genialne pomyślany finał. Bardzo dobry film utrzymany w mrocznym klimacie. Szare, brudne ulice Los Angeles, niemal bez przerwy pada deszcz. Genialne role Freemana i Pitta. Ten film po prostu trzeba zobaczyć.

„Słoń” /Elephant/ USA, 2003 reżyseria: Gus van Sant [Marcin]

Film Słoń jest to, mówiąc w skrócie, marna próba pokazania dramatu dwóch młodych chłopaków z Columbine High School. Nie wiem w jakim stopniu film miał być biograficzny czy dokumentalny, a w jakim tylko ‚inspirowany’ – jedno jest pewne: nie dowiemy się z niego co stało się w 110. rocznicę urodzin Adolfa Hitlera. Nie dowiemy się co stało się w głowach Dylana Klebolda i Erica Harrisa. Jedyne co możemy tam zobaczyć to swego rodzaju portret amerykańskiej szkoły średniej – codzienne życie dla jednych będące koszmarem, dla innych kolejną szansą na wylansowanie własnej osoby. Historia nie jest ani przesadnie płytka ani zbyt uduchowiona – z pozoru nie można jej nic zarzucić, jednak brakuje mi tam bardzo wielu rzeczy. Niezmiernie zdziwiło mnie przedstawienie Erica i Dylana jako homoseksualistów. Z żadnego źródła, które widziałem nie wynika, że tak było. Istniały co najwyżej ‚podejrzenia’ i plotki. To stawia tych chłopaków w innym świetle i niestety wydaje mi się, że chcąc niechcąc spełnia w filmie rolę ‚przyczyny’ (jednej z wielu) ich buntu. Wydaje mi się, że Van Sant jako homoseksualista tym badziej nie powinien tak robić. Według mnie nie byli homoseksualistami a takie ich przedstawianie ma na celu jakieś wytłumaczenie ich alienacji.
Piszę to wszystko mając na uwadzę, że film zdobył w 2003 roku złotą palmę na festiwalu w Cannes – mimo, że daleko mi do eksperta czy krytyka filmowego, to nie jestem pewnie osamotniony w opinii, że temu filmowi żadna nagroda się nie należy. Jeśli kino ‚alternatywne’ to nudne dłużyzny, z których żadna nie wnosi nic do filmu ani do jego odbioru, to nie lubię kina alternatywnego. Jeśli ‚off’ polega na tym, że widz nie ma szans zaangażować się w oglądaną historię – nie lubię off’u. Reasumując: film ogląda się zwyczajnie, a tak nie powinno być, bo opowiada o dwóch nastolatkach strzelających do swoich rówieśników jak do psów…

„Urodzeni mordercy” /Natural Born Killers/ USA, 1994 reżyseria: Oliver Stone [Marcin]

Natural Born Killers wzbudził bardzo wiele kontrowersji, tak za oceanem jak i w Polsce. Jednak to nie protesty przeciwko jego dystrybucji uczyniły go tak popularnym.
Opowieść dotyczy pary młodych ludzi: przemierzają Amerykę zabijając tych, którzy stają im na drodze. Są młodzi, kochają się do szaleństwa, świat jest dla nich fascynującą przygodą. Nie mordują dla wyższych celów, tylko czasem ich motywem jest rabunek – z reguły mordują dla przyjemności, dla samego faktu zabijania. Zabójstwo daje im to czego potrzebują – szybkość, adrenalinę, niepewność. Za nimi przez całą Amerykę jeżdzą oczywiście reporterzy, nadając coraz to nowe relacje z „jeszcze gorących” miejsc zbrodni, podliczając ilość trupów na ich krwawym szlaku. W międzyczasie Micky i Mallory trafiają do więzienia, co jest tylko epizodem. Prosto z więzienia powstaje „na żywo” program – specjalny wywiad z mordercami, który nieoczekiwanie staje się relacją z buntu w więzieniu i wielkiej, prawie romantycznej ucieczki tej krwawej pary.
Film jest bardzo ciekawie zrealizowany – nietypowo i właśnie odpowiednio do rodzaju historii jaką opowiada. Bardzo ostro, ale prawdziwie, zostały potraktowane w nim media – jako swego rodzaju katalizator napędzający morderców do dalszego działania i krzywe zwierciadło, w którym jawią się oni nie jako zabójcy, ale jako idole popkultury, masowi bohaterowie całej rzeszy młodych ludzi. Tylko dzięki mediom wielu z dorastających chłopców za swój ideał uważa Mickiego a dziewczyny starają się upodobnić do Mallory. Można tylko ubolewać, że mimo nawet takich obrazów jak „Urodzeni mordercy” niewiele się w tej kwestii zmienia.

„Zabawy z bronią” /Bowling for Columbine/ USA, 2002 reżyseria: Michael Moore [Marcin]

Z oficjalnej strony filmu „Bowling for Columbine” (http://www.bowlingforcolumbine.com) możemy się dowiedzieć m.in., że jest to film o Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Co roku 11000 ludzi ginie w Ameryce w zabójstwach z użyciem broni palnej a film stara się odpowiedzieć na pytanie co odróżnia Stany od innych krajów i sprawia, że właśnie tam zabójstw z użyciem broni jest tak wiele (dużo więcej niż w krajach Europy zachodniej czy nawet Kanady). Z jednej strony Moore przejaskrawia obraz samych Stanów jako siedziby wszelkiego zła, Kanadę przedstawia sielankowo (jako miejsce gdzie nikt nie zamyka drzwi do swojego domu i prawie nie zdarzają się zabójstwa). Jednak chcąc być absolutnie szczerym to nic nie jest tak czarno-białe jak w filmie. Bardzo wątpliwa moralnie wydaje się też walka z K-Martem – siecią sklepów detalicznych, w której można było bez ograniczeń kupować amunicję. Dwóch chłopaków, którzy przeżyli strzelaninę w Columbine Moore niemalże użył jako argumentu do ‚negocjacji’ z K-Martem. Z drugiej jednak strony film ukazuje Stany Zjednoczone z innej pozycji niż CNN czy FOX News. Każdego dnia Amerykanie dowiadują się tego, czego korporacje medialne chcą, żeby się dowiedzieli. Można w filmie usłyszeć m.in. niesamowite wręcz dane: „podczas gdy przestępczość spadła o 20% – ilość informacji w mediach o niej wzrosła o 600%”. Ma to znamiona sporej manipulacji i Moore nie boi się stawiać tego pod znakiem zapytania, a wręcz otwarcie krytykować nie tylko Charltona Hestona – prezesa National Rifle Assosiation, ale również Clintona i Busha – jako przedstawicieli władzy, która ciągle lekceważy problemy własnego kraju, nie wsłuchuje się w głos ludu ani nie próbuje szukać przyczyn obecnego stanu rzeczy, tylko bezustannie chce zwiększać wydatki na zbrojenie i ochronę. Zastanawia mnie czy Moore jest takim świetnym obserwatorem (sam jest przecież Amerykaninem) czy też może jest zwykłym przeciwnikiem Bush’a. Kimkolwiek by nie był – na pewno jest człowiekiem odważnym. Kręcąc taki film naraził się bardzo wielu osobom jeśli nie całej Ameryce. I mimo, że wydaje się, że ma rację – nikt od czasu nakręcenia tego filmu, niedługo po zamachu na WTC 11 września 2001 roku (film wyświetlany był w 2002), nie zmienia swojego nastawienia. Wiadomości ciągle nadają relacje z centrów miast donosząc o podejrzanym: „20-letnim czarnym mężczyźnie średniego wzrostu”, ludzie nadal żyją w strachu zamknięci w swoich domach, odgrodzeni murami od sąsiadów, na dodatek nieustannie wypatrując podejrzanych ‚terrorystów’, którzy przecież zaatakować mogą w każdej chwili. Każdy kolejny prezydent organizuje coraz więcej operacji wojskowych, dokonuje kolejnych bombardowań i ‚wyprzedzających uderzeń’. Ameryka żyje w ciągłym strachu a atak z 11 września tylko wydobył te wszystkie obawy na światło dzienne.

„Funny games” Austria, 1997, reżyseria: Michael Haneke [Krzysztof Gonerski]

Jeden z najbardziej przewrotnych i wstrząsających thrillerów lat 90-tych.
Film opowiada historię 3 osobowej rodziny wywodzącej się z klasy średniej, która podczas letniego wypoczynku staje się ofiarą psychopatycznych morderców. Napastnicy z łatwością zdobywają pełną kontrolę nad przerażonymi członkami rodziny, terroryzując, upokarzając i dręcząc psychicznie. Wymyślają przeróżne „gierki i zabawy”, by jeszcze bardziej dotkliwie pogrążyć bezradnych mieszkańców letniskowego domku, do którego podstępem wtargnęli. Jedna z najważniejszych gier polega na zakładzie : czy komuś z rodziny uda się dożyć do ranka, czy też może nie uda ? Jednak reguły gry, która toczy się między intruzami, a rodziną nie mają nic wspólnego z zasadami fair play , bo to mordercy je ustalają i kiedy chcą zmieniają.
Głównym tematem dzieła austriackiego reżysera, Michaela Haneke jest bowiem analiza zjawiska filmowej przemocy. Analizę tę jego twórca przeprowadza z prawdziwą wirtuozerią mistrza. Bo on podobnie, jak negatywni bohaterowie „Funny Games”, prowadzi wyrafinowaną, bezlitosną grę z widzem, czyli nami.
Gra rozpoczyna się już od mylącego, sarkastycznego tytuły filmu, który sugeruję komedię, a przynajmniej czarną komedię. Tymczasem „śmiesznymi grami” nieproszeni goście określają torturowanie i zabijanie ludzi. Ponura ironia.
Kolejny mylny trop dotyczy przynależności gatunkowej dzieła Haneke` go. Omawiany utwór zaczyna się jak familijny film obyczajowy, by z chwilą przedostania się intruzów do domu letniskowego, zmienić się w thriller, który następnie przechodzi kolejne metamorfozy: horror, czarna komedia, a w końcu autotematyczna gra w kino. Określenie „Funny Games” thrillerm jest zatem bardzo umowne..
Za każdym razem, gdy widz zaczyna się oswajać z konwencją filmowego gatunku, reżyser zmienia gatunek na inny. Drastycznie tym samy odbiera widzowi poczucie pewności i przewidywalności, bo wszelkie poczynione przez niego spekulacje co dalszego rozwoju filmowej intrygi spalają na panewce. Ponadto w ten sposób bezpieczny dystans odgradzający odbiorcę od ekranowej rzeczywistości zostaje zmniejszony. Ale , rzecz jasna, Haneke nie poprzestaje tylko na tym. Kolejnym krokiem ku całkowitemu zniesieniu owego dystansu jest łamanie filmowych konwencji w opisie bohaterów.
Mężczyzna, Georg ( Ulrich Muhe) jest mężem Anny (Susanne Lothar), ojcem kilkuletniego Schorsiego (Stefan Clapczynski), powinien więc tradycyjnie uosabiać obrońcę ogniska domowego zagrożonego przez dwójkę bezwzględnych psychopatów.. Powinien uosabiać siłę, mądrość i odwagę, a tymczasem napastnicy to właśnie jego, od razu i bez żadnych problemów, unieszkodliwiają . Georg ( ze złamana nogą) okazuje się zresztą najmniej odpornym i najbardziej bezradnym członkiem rodziny. Najsilniejszą postacią wydaje się być Anna, żona Georga, która dzielnie znosi wszystkie doznawane od napastników upokorzenia i nawet wzbudza w nich coś na kształt podziwu. Przewrotność opisu bohaterów dotyczy jednak w głównej mierze morderców : Paula (Arno Frish – rewelacyjny, ulubiony aktor Haneke ) i Petera (równie znakomity Frank Giering). Mordercy dalecy są bowiem od naszych oczekiwań i stereotypów, do których przyzwyczaiły nas setki filmów opowiadających podobne historie. Zachowują się uprzejmie, są grzeczni (do czasu), ubrani w krótkie spodenki i koszulki polo wyglądają tak banalnie i niewinnie, że aż przerażająco. Widzowi zostaje odebrane kolejne bezpieczne schronienie – demonizacja zabójcy. Wiadomo jednak, że psychopaci pokroju Hannibala Lectera istnieją tylko w wyobraźni pisarzy i scenarzystów filmowych, wiec w istocie nie są groźni. Ale Paul i Peter wyglądają i zachowują się jak osoby, które codziennie mijamy na ulicach. Prawdziwie przerażająca jest właśnie ich banalność, a nie efektowna demoniczność.
Ale bynajmniej nie ostatnia to niemiła niespodzianka czekająca na odbiorcę. Okazuje się, że młodzieńcy, którzy wtargnęli do domku letniskowego i zamienili wakacje 3osobowej rodziny w koszmar, nie mają motywu. Na pytanie zrozpaczonego Georga „dlaczego”, wymieniają całą listę coraz bardziej absurdalnych powodów, kpiąc sobie z mężczyzny i z oczekiwań widza.. Napastnicy torturują i zabijają dla samego torturowania i zabijania. Po prostu.
W pewnym sensie same zabójstwa też nie w pełni odpowiadają obrazom przemocy znanym z innych serial killer movies . Brak im widowiskowości, rozmachu, a nawet pomysłowości. Widz czuje się oszukany i zawiedzony. Ale na pewno nie mniej przerażony. W „Funny Games” sposób uśmiercania ofiar jest banalny, źródłem grozy jest nieuchronność śmierci, której nie są w stanie powstrzymać bezradne ofiary.
Jednak tak naprawdę bezradny staje się także widz. Filmowy obraz przemocy tak często przedstawiany, w końcu sam stał się jedną wielka konwencją, co pozwala widzowi zachować dystans i po seansie zapomnieć o traumatycznych doświadczeniach filmowych bohaterów, których był świadkiem. Ale tak nie dzieje się w przypadku omawianego filmu.
Haneke w pewnym momencie wprowadza ryzykowny zabieg do opowiadanej historii. Paul zwraca się wprost do widzów : ” Jak sądzicie: wykończyć ją teraz, czy później ?”.Granica między światem przedstawionym, a światem rzeczywistym znika jak śnieg w maju. Zabójcy wciągają widza w świat stworzonej dla niego filmowej agresji; pytają się o jego samopoczucie, jego zadowolenie, nagromadzenie zła. Widz staje po tej samej stronie barykady. Staje się tak samo odpowiedzialny i winny. Austriacki reżyser nie obwinia, rzecz jasna , widza w sposób dosłowny, ale oskarża o chorą fascynacje przemocą. Bo to przecież dla jej zaspokojenia powstają setki filmów, z coraz bardziej wymyślnymi obrazami upokarzania, torturowania, mordowania.
Swoją grę Haneke doprowadza do końca. Przez zabieg bezpośredniego dialogu psychopatów z widzem, reżyser unicestwia nie tylko kolejne konwencje serial killer mowies , ale niszczy samą istotę filmowego przekazu jako najdoskonalszego medium przemocy. Widz zostaje postawiony twarzą w twarz z tym, co tak zawsze go fascynowało. Ale po co ? Oddajmy głos samemu Haneke: ” Nie chodzi o to, czy i jak pokazywać przemoc, ale pozwolić widzowi uświadomić sobie własny stosunek do przemocy i do sposobu, w jaki została pokazana. W Funny Games chciałem pokazać przemoc taką, jaką jest naprawdę, to znaczy niemożliwą do strawienia.
Czyż trzeba dodawać, że austriackiemu reżyserowi udało się to w sposób mistrzowski i to bez rozlewnia morza sztucznej krwi.
Tytuł filmu – jak już wspomniałem na początku – odnosi się do sposobu w jaki mordercy określają zabijanie ludzi, ale czy dla nas, widzów, filmowa przemoc też nie jest tylko „śmieszną grą”?

„Piła” /Saw/ USA, 2004 reżyseria: James Wan [Krzysztof Gonerski]

Jak wiele byłbyś gotów poświęcić, by ratować życie swoje i twoich bliskich? Czy byłbyś gotów odciąć sobie stopę i zabić bezbronnego człowieka? Czy stać byłoby cię na takie poświęcenie i determinację? Przed tak dramatycznymi pytaniami staje główny bohater filmu „Piła” Jamesa Wana. Uwięziony, w obskurnym, zdewastowanym szalecie, przykuty łańcuchem do ściany, doktor Gordon musi znaleźć odpowiedź także na inne pytania: jak tutaj trafił, kto go uwięził, kim jest młody mężczyzna po drugiej stronie pomieszczenia, również przykuty łańcuchem i podobnie jak on przerażony i kompletnie zdezorientowany? I czyje zwłoki leżą w kałuży krwi pośrodku sali? Zasadnicza część filmu to próba wyjaśnienia przyczyn tragicznego położenia bohaterów i okoliczności, które do niego doprowadziły. Cofamy się zatem wraz z pamięcią dr Gordona i towarzysza jego niedoli, fotografa, Adama, w wydarzenia poprzedzające ich uwięzienie. Poznajemy ich życie, przeszłość, tajemnicze powiązanie ich losów, wstydliwe sekrety i szczegóły prowadzonego śledztwa w sprawie seryjnego mordercy zwanego Układanką. Okoliczności ich porwania i zagadkowe instrukcje, które odkrywają na miejscu, wskazują na niego jako sprawcę nieszczęścia porwanych. Nie jest to wiadomość pocieszająca, ponieważ okrutny prześladowca ma w zwyczaju poddawać swe ofiary nieludzkim próbom. Próba doktora polegać ma na uwolnieniu się z łańcuchów i zabiciu współwięźnia. Jeśli nie zdoła tego uczynić w wyznaczonym czasie, jego żona i córka zginą.
Debiutant James Wan ze sprawnością mistrza dawkuje napięcie, przerażające szczegóły dotyczące porywacza i informacje o więzionych mężczyznach. Umiejętnie łączy elementy horroru i thrillera. Atmosfera sennego koszmaru, klaustrofobia zamkniętych pomieszczeń i prawie nieustannego półmroku rozświetlanego neonowymi lampami w „celi” bohaterów zbliża obraz do filmu grozy. Z horroru jest też postać seryjnego zabójcy – fantomatyczny, diaboliczny, bardziej zły duch, niż cielesna osoba… Pełne grozy są też poszczególne elementy opowiadanej historii: miejsca zbrodni urządzone w makabryczne układanki i śmiertelne pułapki zarazem, pojawiająca się i przemawiająca z ekranu telewizora zniekształconym głosem mordercy, groteskowo-koszmarna kukła, czy też ubrana na czerwono zamaskowana postać upiornej zjawy.
Osią intrygi jest jednak typowy dla serial killer movie motyw gry. W tego rodzaju obrazach odbywa się ona na poziome filmowej akcji i na poziomie odbioru utworu przez widza. Trzeba przyznać, że gra jaką morderca prowadzi ze swoimi ofiarami jest równie wciągająca i nieprzewidywalna, jak ta, którą australijski twórca prowadzi z emocjami i przyzwyczajeniami odbiorcy. W przebiegu gry najważniejszy jest jej finał, który w obrazie Wana „wieńczy dzieło”. Zakończenie jest zaskakujące i chociaż balansuje na granicy prawdopodobieństwa, to jednak jej nie przekracza.
„Piłę” porównuje się do filmu „Siedem” Dawida Finchera, co istotnie nie jest pozbawione sensu, bo te dwa utowry łączy atmosfera posępnej, przepełnionej śmiercią i wszechobecnym złem opowieści. Postępowanie mordercy z historii opowiedzianej przez Wana przypomina modus operandi Johna Doe. On też karze ludzi, ale nie grzeszników, tylko tych wszystkich, którzy nie potrafią docenić wartości życia. Na tym się jednak podobieństwa kończą. Rodowód zabójcy Układanki nie wywodzi się ze świata realnego, a z rzeczywistości literackiej i filmowej. Bliżej mu do geniusza zła w rodzaju dr Lectera niż postaci prawdziwych morderców. Młodemu reżyserowi, w przeciwieństwie do Finchera, nie przyświecają też szczególne ambicje artystyczne. Nie tworzy moralitetu, dla którego sensacyjna fabuła stanowiłaby jedynie pretekst dla pesymistycznej wizji chorego i zepsutego świata. Ale realizacja inteligentnego, mrocznego i intrygującego filmu, to jak na debiutanta też całkiem sporo.

„Zimna Stal” /Blue Steel/ USA, 1990, reżyseria: Kathryn Bigelow [Krzysztof Gonerski]

„Zimna stal” to historia dwójki samotnych i zagubionych w wielkiej nowojorskiej metropolii bohaterów, których los stawia na swojej drodze. Ale nie splata ich dróg, by siebie odnaleźli i „żyli długo i szczęsliwie”, lecz by stanęli do morderczej walki na śmierć i życie. Przeciwnikami w tym pojedynku jest świeżo upieczona policjantka, Megan Turner (Jamie Lee Curtis) i makler giełdowy, zamożny yuppie, Eugene Hunt (Ron Silver). Samotność doskwiera obojgu, ale Megan potrafi przed nią uciec w służbę w policji, a Eugene nie potrafi. Niezwykle stresująca praca, poczucie anonimowości życia we współczesny świecie w połączeniu z chorą fascynacją bronią, doprowadzają Eugene’a do obłędu. Przypadek sprawia, że gdy Eugene zdobywa w nielegalny sposób pistolet, spotyka również Megan. Od tej pory chłód stali broni i obsesja na punkcie Megan, wypełnią bez reszty jego chory umysł.
Ich dalsze losy toczą się zgodnie z regułami schematu: „psychopta zamienia życie bohatera w koszmar”. W „Zimnej stali” ten schemat reżyserka Kathryn Bigelow niespodziewanie pogłębia o dodatkowe znaczenia. Megan jest przecież kobietą, a Eugene mężczyzną. Ich mordercza konfrontacja zyskuje zatem wymiar symboliczny. Eugene reprezentuje świat mężczyzn niezbyt sympatycznie przedstawionych zresztą przez twórczynię. W tym świecie dobrem najwyższym jest władza i dominacja, która staje się dla mężczyzn „mrocznym przedmiotem pożądania”. Władza ma sens jeśli można ją nad kimś sprawowować. Tym „kimś” są kobiety sprowadzone do roli podwładnych, służących albo ofiar. Megan wstępując do policji, która w sama sobie jest łakomym kąskiem dla mężczyzn jako symbol władzy, wypowiada jawne posłuszeństwo regułom męskiego świata. Nic więc dziwnego, że fakt ten przyjmowany jest przez mężczyzn z rezerwą albo niechęcią. Co więcej decyzja ta okazuje się brzemienna w skutkach. Na jej drodze życia staje Eugene: uosobienie niepohamowanej męskiej dominacji i władzy i jej największy koszmar. Seria zbrodni na przypadkowych osobach, których dopuszcza się Eugene, jest jedynie środkiem do całkowitego podporządkowania Megan, niemal jej wchłonięcia. Żądza „bycia Bogiem” dla Megan jest tym większa, im większy stawia ona opór. Początkowo jest on niewielki: Megan doskonale wywiązuje się z roli ofiary przebiegłego psychopaty, ale w końcu dochodzi do rozstrzygającego starcia w znakomicie zrealizowanej sekwencji finałowej strzelaniny. W istocie rozstrzygnięcie, które przynosi finał, dla żadnej ze stron nie może być uznane za satysfakcjonujące. Refleksje, do których skłania, nie są wesołe. Porozumienie między kobietą a mężczyzną nie jest możliwe, ale winę za ten stan rzeczy ponoszą mężczyźni „chorzy na władzę”. W konsekwencji mężczyzna i kobieta skazani są na samotność, chyba że kobieta z pokorą przyjmie role ofiary. Pewnym promykiem nadziei jest Nick, kolega i partner Megan z policji, który nawiązuje z nią romans. Nie ma jednak żadnej pewności, że ich związek będzie miał szanse powodzenia.
Niestety, reżyserka nie ustrzegła się pewnej tendencyjności w opisie żeńsko-meskich relacji we współczesnym zurbanizowanym świecie. Przeciwieństwem tego „złego” świata mężczyzn jest kobiecy świat: pełen ciepła, życzliwości i miłości. Wydaje się nawet, że twórczyni „Zimnej stali” chce także zasugerować, że tylko w tym świecie kobieta może znaleźć szczęście. Ale od takich wniosków do ideologii feministycznej droga niedaleka. Na szczęście to daleki plan, prawie nie zauważalny przy pierwszym oglądaniu.
Film Bigelow opowiada także o samotności w wielkomiejskiej dżungli. Jej wizualnym odzwierciedleniem są różne odcienie błękitu wypełniające cały film począwszy od niebieskich kolorów wnętrz, a na niebieskich policyjnych mundurach skończywszy. Konsekwentne stosowanie tej barwy nadaje filmowi pesymistyczny nastrój. Pesymistyczne jest też jego przesłanie, które można ująć tak: samotności pokonać się nie da, jest tak ogromna, że można albo popaść w paranoję, albo zamienić serce w zimną stal. Taki bowiem koszt przezwyciężenia lodowatych ramion samotności płaci Megan.
Mroczny klimat „Zimnej stali” rozświetla strona realizacyjna filmu. Amerykańska reżyserka potrafi sprawnie opowiadać ekranową historię, potrafi widza zainteresować i mądrze korzystać ze schematów policyjnego thrillera. To naprawdę kawał porządnej filmowej roboty.

„Złodziej życia” /Taking Lives/ USA, 2004 reżyseria: D.J. Caruso [Krzysztof Gonerski]

„Złodziej życia” to kolejna opowieść o pogoni za seryjnym zabójcą. Tym razem morderca jest wyjątkowo niebezpieczny i nieuchwytny. Od ponad 20 lat wciąż powtarza ten sam schemat zbrodni. Dusi swe ofiary garotą, masakruje twarz, odcina stopy i dłonie, a potem… przyjmuje tożsamość zamordowanej osoby. W dodatku dokonuje zabójstw według zagadkowego klucza i prowadzi otwartą „grę” z policją podrzucając zwłoki jednej z ofiar na plac budowy, by z łatwością zostały odkryte przez tropiących go policjantów. Tajemniczość mordercy i motywów jego czynów jest zbyt dużym wyzwaniem dla montrealskiej policji, bo akcja filmu rozgrywa się w tej właśnie kanadyjskiej metropolii. Na pomoc przybywa zatem agentka FBI Illeana Scott (Angelina Jolie) – specjalistka od seryjnych zabójców, a zwłaszcza od tworzenia ich psychologicznych portretów.
Poznajemy ją w nietypowej, ale charakterystycznej dla tej postaci chwili : kiedy leży w dole, w którym spoczywało ciało jednej z ofiar. Najważniejszą zasadą jaką kieruję się w pracy jest maksymalny profesjonalizm wyrażający się w przejęciu sposobu myślenia zabójcy. Tak naprawdę jednak profesjonalizm Illeany wydaje się być formą obrony przed otaczającym ją zewsząd chaosem i Złem. Jest też chyba jej jedynym sposobem na wyrażania siebie, jedyną formą istnienia w anonimowym nieprzyjaznym świecie. Problem tożsamości człowieka współczesnego, po odrzuceniu poetyki thrillera i sensacyjnej akcji, stanowi najistotniejszą myśl dzieła D.J Caruso – reżysera filmu. Warto przyjrzeć się mu bliżej.
Zacznijmy od tytułu, który sugeruje określenie psychopatycznego zabójcy. To trafne i niezwykle pojemne sformułowanie. W pewnym sensie każdy zabójca jest swoistym złodziejem, który zabijając „kradnie” czyjeś życie po to, żeby zdobyć pieniądze, ciało i… tożsamość. Nie inaczej jest ze sprawcą okrutnych morderstw w filmie D.J Caruso. Motywem dla, którego zabija, jest właśnie chęć posiadania tożsamości, bycia kimś, zaistnienia, a więc zdobycia tego, czego ,w rozumieniu chorego umysłu psychopaty, go pozbawiono. Jedyną drogą, aby odzyskać utracone „ja” jest zabójstwo, a właściwie cała makabryczna seria zabójstw. Tym sposobem morderca daje do zrozumienia społeczeństwu, że jest, że istnieje i że tylko od niego zależy, kiedy uderzy i w kogo. To postępowanie przypomina bardzo prawdziwych seryjnych zabójców, którzy popełniając straszliwe zbrodnie, zaznaczają krwią niewinnych, swoją złowrogą obecność.
Druga przyczyna podążania drogą morderstw, która najczęściej przewija się w motywacji rzeczywistych zabójców, jest zemsta. Zemsta jest też udziałem szaleńca z omawianego dzieła. Mści się on na społeczeństwie, które kiedyś go odrzuciło, w najokrutniejszy sposób, bo niszcząc to, co jest najcenniejsze – ludzkie życie. Zemsta może też być skierowana przeciw jednej, konkretnej osobie.
Dość nieoczekiwanie historia kryminalna przemienia się w finale w historię zemsty tego drugiego rodzaju : osobistą rozgrywkę z wrogiem.
Illeana boryka się również z problemem utraty tożsamości albo raczej jej zniewolenia przez pusty, wrogi świat. Profesjonalizm i zaangażowanie w służbę ścigania najgroźniejszych przestępców jest u bohaterki filmu, tak wielki, że nie można nazwać go inaczej, jak ucieczką. Przed czym ucieka agentka Scott ? Dlaczego ucieka ? Można się domyślić odpowiedzi. Nie ma rodziny, nie wydaje się też, aby miała innych przyjaciół niż policjanci, ale nawet wśród nich nie cieszy się sympatią. Sama zresztą nie zabiega o bliskie i przyjazne kontakty z innymi ludźmi. Jest dziwna, zimna, nieprzystępna. Zdaje się żyć tylko swoją ponurą profesją.
W istocie pod maską nieprzystępnęj, pracoholiczki ukrywa się twarz samotnej, spragnionej miłości kobiety. Kobiety, która zrażona złem stanowiącym nieodłączny element jej pracy, a właściwie jej życia, straciła cała radość i piękno ludzkiego istnienia.
Jednak za sprawą najważniejszego świadka w sprawie i prawdopodobnie kolejnej ofiary – Johna Costy (Ethan Hawke),jej życie ulegnie zasadniczej zmianie. Nareszcie będzie mogła zrzucić ciężar wiecznego udawania „silnej kobiety”, specjalistki od psychopatów. Nareszcie będzie mogła poczuć się kochaną, pożądaną kobietą. Ale skutki tej zmiany okażą się dalece bardziej nieprzewidywalne, niż sądziła.
Bohaterka kreowana przez Angeline Jolie, w istocie, cierpi na tę samą dolegliwość, co jej śmiertelnie niebezpieczny antagonista. Ta dolegliwość nazywana jest przez socjologów „niewidzialnością”. Lecz kiedy jej przeciwnik nie potrafi sobie poradzić z tym problemem inaczej, jak tylko przez zabijanie, Illeana rozwiązuje go poświęcając się ściganiu takich zbrodniarzy jak on. Co więcej, wykorzystuje swoją „niewidzialność” do szczególnego rodzaju „empatii” pozwalającej jej myśleć i odczuwać tak, jak tropiony przez nią zbrodniarz i tym samym z większą skutecznością działać.
Bohaterka wybiera Dobro, morderca Zło. To typowy dla thrillera konflikt przybierający formę pojedynku Dobra ze Złem.
Od pomysłowości scenarzysty, sprawności reżysera i wiarygodności aktorów zależy, czy ten pojedynek przyniesie intelektualną satysfakcję widzowi i skłoni go do głębszych refleksji, czy też pozostanie jedynie mrożącą krew w żyłach, łatwą, nie wymagającą rozrywką.
„Złodziej życia” świadomie nawiązuję do największych filmowych osiągnięć współczesnego thrillera jakimi bez wątpienia są „Milczenie owiec” Jonathana Demme i „Siedem” Davida Finchera.
Bohaterka dzieła D.J Caruso jest kobietą i wykonuje ten sam zawód, co agentka Starling z „Milczenia owiec”. Czołówka i jedna ze scen najnowszego filmu Angeliny Jolie nawiązuje wprost do podobnej czołówki i sceny z „Siedem”. Naśladownictwo, w tym przypadku to nie zarzut, bo nie jest nachalne, a wzory, niewątpliwie, godne naśladowania.
Istnieje też jeszcze jedna analogia do tych dwóch filmów w sposobie pokazywania zbrodni. Oglądamy jednie drastyczne szczegóły, ale nie widzimy samego przebiegu zabójstw (może z wyjątkiem pierwszego).Reżyser filmu zresztą nie szafuje nadmiernie krwistym kolorem, przez co „Złodziej życia” zbliża się bardziej do psychologicznego, niż do krwawego thrillera.
Trzeba jednak przyznać, że chociaż film nie grzeszy oryginalnością, to reżyser ze starannością buduje atmosferę niepokojącego zagrożenia, w czym ,niewątpliwa, zasługa „stylowych” zdjęć Amira M.Mokriego. Akcja rozwija się wartko, nie pozostawiając chwil na wytchnienie. Gorzej jest ze suspensem. Trochę mechanicznie konstruowany, korzystający z ogranych niemiłosiernie chwytów (np. trup spadający znienacka na głowę), w wywoływaniu napięcia, odnosi marny skutek. Natomiast aktorzy wypadają całkiem przyzwoicie. Szczególnie miłym zaskoczeniem jest rola Angeliny Jolie, która bo komputerowej superbohaterce Larze Croft, tworzy bardzo interesującą postać, umiejętnie i dojrzale korzystając z aktorskich środków wyrazu. Na plus twórcom „Złodzieja życia” należy także zaliczyć umieszczenie akcji filmu w dwujęzycznym Montrelau, co jeszcze bardziej podkreśla wyobcowanie bohaterki. Najgorzej spisał się scenarzysta Jon Bokenkamp, który oparł swój scenariusz na książce Michaela Pye. Nie znając literackiego pierwowzoru, trudno ocenić, czy książka jest niezbyt udana, czy Bokenkamp dokonał nieudanej adaptacji. Jak na thriller jest w nim zdecydowanie za mało zaskoczeń i przemyślanych zwrotów akcji. Obiecujący pomysł na postać zabójcy nie został w pełni wykorzystany, tak jak w pełni nie wykorzystano lokalnego kolorytu Montrealu.
W tym filmie najlepsze jest to, co znalazło się na obrzeżach schematycznej fabuły. Problem utraty i poszukiwania tożsamości współczesnego człowieka, anonimowości życia w tym świecie, masek, za którymi rozlega się mniej lub bardziej rozpaczliwe wołanie o uwagę, o dostrzeżenie i zapamiętanie.
Niestety twórcy „Złodzieja życia” zdecydowali się opowiedzieć o czym innym. Szkoda. Bo to „co innego” jest mało interesujące i wciągające.

„Tożsamość” /Identity/ USA, 2003, reżyseria: James Mangold [Krzysztof Gonerski]

Jest noc na pustkowiu. Pada gęsty, ulewny deszcz, a w dali widać rozbłyski nadciągającej burzy. Dziesięć obcych, przypadkowych osób znajduje schronienie w opustoszałym, odciętym od reszty świata przydrożnym motelu. Jest wśród nich policjant eskortujący groźnego przestępcę, starzejąca się gwiazda TV i jej szofer, świeżo poślubiona para, rodzina przechodząca kryzys, a także dziewczyna na telefon i kierownik motelu. Wszyscy spotykają się w tym samym miejscu i tym samy czasie. Ale czy rzeczywiście przypadkowo ?
Wkrótce odkrywają, że nie są jedynymi gośćmi. W motelu grasuje nieuchwytny morderca, który zabija po kolei podróżnych.
Równolegle do tego wątku toczy się inna historia w oddalonym setki kilometrów miejscu. Lekarz psychiatrii podejmuje próbę uratowania cierpiącego na zaburzenia osobowości seryjnego zabójcę, na którym za parę godzin zostanie wykonany wyrok śmierci.
Pozornie te dwa wątki nie maja ze sobą nic wspólnego. Pozornie. To ważne słowo, ponieważ scenariusz autorstwa Michaela Cooneya obfituje w niejedną pozorność.
Najłatwiejsza jest ona do zauważenia w opisie bohaterów. Prawie nikt z nich nie jest tym, za kogo się podaje. Każda z tych postaci skrywa jakąś mroczną tajemnicę. Bo tylko kierownik motelu zna zawartość chłodni, tylko dziewczyna na telefon wie, co znajduje się w troskliwie przez nią strzeżonej walizce, tylko bandyta zna prawdę o eskortującym go policjancie. Młodzi małżonkowie kłócą się ze sobą, a w dodatku żona jednego z mężczyzn umiera od doznanych wypadku samochodowym obrażeń. Nawet śmierć okazuje się pozorna, bo ciała zamordowanych po prostu…znikają. A zabójca ? Czy on też nie jest jedynie wytworem zbiorowej wyobraźni przerażonych ludzi ?
Całkiem niezła mikstura tajemniczości, napięcia i grozy. Tak skonstruowane postacie w tak niezwykłych okolicznościach prawie natychmiast przyciągają uwagę i zainteresowanie widza. Reżyser James Magnold ( „Copland”, „Przerwana lekcja muzyki”, „Fenomen”) inteligentnie myli tropy, mnoży zaskakujące puenty i doskonale buduje napięcie, co prawda klasycznymi metodami, ale jakże skutecznymi. Tym bardziej niezrozumiałe wydaje się ujawnienie prawdziwego sensu dwóch głównych wątków „Tożsamości” i ich wzajemnego związku daleko przed finałem filmu. Podobno Magnold uważał takie rozwiązanie za dobry pomysł. Z pewnością to byłby dobry pomysł, gdyby końcowe partie filmu nie okazały się tak mało emocjonujące i schematyczne
Niestety film „Tożsamość ” ma też pozory oryginalności. Początkowe sekwencje dzieła Magnolda jako żywo przypominają początek słynnej „Psychozy” Hitchcocka. Padający, męczący deszcz, szaleńcza jazda ze skradzionymi 40 tys. dolarów i przydrożny motel, w którym uciekająca Marion zatrzymuje się, a którego właścicielem okazuje się niejaki Norman Bates. Pomysł na postać seryjnego zabójcy natomiast przywodzi na myśl dr Cartera z filmu Briana de Palmy „Mój brat Cain”. Gdzieś w dali pobrzmiewają echa „Łodzi ratunkowej” Hitchcocka, „Thing” Carpentnera, „Podziemnego kręgu” Finchera i wielu innych.
Ale dzieło Magnolda ma też dobre strony. Wyśmienite aktorstwo, mroczne, podkreślające klaustrofobiczną atmosferę osaczenia, zdjęcia i inteligentny scenariusz, który niestety w najważniejszym swym punkcie zawodzi. Bo nie tylko najistotniejsza puenta filmu zostaje zaprezentowana zbyt wcześnie, ale w dodatku sam puenta jest tak nieprawdopodobna, niemal fantastyczna, że trudno tak do końca przejąć się losem filmowych bohaterów i zaprezentowaną historią.
Szkoda,. Bo pierwsza połowa „Tożsamości” obiecywała film na miarę najlepszych osiągnięć w tym gatunku, których spełnienie w drugiej części jednak nie nastąpiło. Kolejny film zmarnowanej szansy.

„Teksańska masakra piłą mechaniczną” [remake] /The Texas Chainsaw Massacre/ USA, 2003 reżyseria: Marcus Nispel [Krzysztof Gonerski]

Gdyby wiernie odtworzyć na ekranie przebieg i atmosferę sennego koszmaru, to z całą pewnością prezentowałby się on tak, jak historia opowiedziana w „Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną”. Charakterystyczną cechą sennego koszmaru jest bowiem całkowity brak kontroli nad jego przebiegiem i niemożność przebudzenia się, mimo takiego, ogromnego pragnienia. Dokładnie te same elementy można zaobserwować w fabule filmu Marcusa Nispela. Piątka młodych przyjaciół w beztroskiej atmosferze zmierza przez bezkresne przestrzenie stanu Teksas w drodze na koncert ich ulubionego zespołu muzycznego. Sielanka trwa jednak krótka. Pojawienie się na autostradzie tajemniczej autostopowiczki w stanie szoku psychicznego, zapoczątkowuje reakcję łańcuchową coraz bardziej niesamowitych i przerażających wydarzeń, które bohaterom niepostrzeżenie wymykają się spod kontroli. Kiedy uświadamiają sobie, że znaleźli się w śmiertelnej pułapce, jest już za późno. Ich rozpaczliwe próby wydostania się z tego koszmaru przypominają rozpaczliwe próby naszego organizmu walczącego z niechcianą projekcją naszej podświadomości. Ciąg straszliwych wydarzeń wydaje się ucieczką w otchłań. Ta ucieczka odbywa się w gęstej, męczącej atmosferze upalnego, teksańskiego lata. Atmosferze – potęgowanej surowym, oszczędnym, niemal dokumentalnym sposobem narracji. Całość, wbrew prowokacyjnemu tytułowi, prawie w ogóle pozbawiona jest krwawych efektów. Przy okazji reżyser przedstawia chyba najbardziej ponury w dziejach kina amerykańskiego obraz amerykańskiej prowincji zamieszkałej przez odrażających i psychopatycznych mieszkańców. Umiejętnie tworzony i stopniowany nastrój w tego rodzaju produkcjach to zawsze połowa sukcesu. Druga to sprawienie, by mroczny, złowieszczy klimat przesączył się z ekranu na widzów. Tę sztuką również twórcy „Teksańskiej masakry…” opanowali z podziwu godną umiejętnością. Film od początku skupia uwagę widza na grupie młodych przyjaciół, a w szczególności na dziewczynie o imieniu Erin (Jessica Biel), która wraz z rozwojem filmowej intrygi staje się najważniejszą postacią tego dzieła. To jej emocje, strach, bezradność a z czasem rosnąca determinacja staje się udziałem widza. Erin nie tylko skutecznie wyrywa się z rąk jej dwóch najgroźniejszych, najstraszniejszych antagonistów : szaleńca z piła mechaniczną w ręku, zwanego Leatherface (Skórzana Twarz) i sadystycznego, na pozór poczciwego, szeryfa Hoyta, ale w końcu przechodzi do kontrataku.
Dzięki mechanizmowi utożsamienia się z losami ekranowych bohaterów, widz śledzi je nieomal wciśnięty w kinowy fotel, z wypiekami na twarzy. Duża w tym zasługa aktorów, którzy z przekonaniem odtwarzają swoje role. Jednak na szczególną uwagę zasługuje postać szeryfa Hoyta w wykonaniu R.Lee Ermeya. Ceniony aktor charakterystyczny, jakim jest Ermey, tworzy prawdziwy aktorski majstersztyk, przy okazji nieźle się bawiąc rolą. Zasługi pozostałych twórców filmu, choć są niewątpliwe, umniejsza fakt, że omawiany utwór to remake kultowego horroru sprzed 30 lat, „Teksańskiej masakry piła łańcuchowa” w reżyserii Tobe Hoopera. W tamtym filmie krytycy doszukiwali się odniesień do wojny we Wietnamie, metafory ówczesnego społeczeństwa amerykańskiego, autorzy remakeu nie mają aż takich ambicji. W zupełności zadawalają się stworzeniem całkiem udanego, w dodatku porządnie i skutecznie straszącego, horroru. Jednak film dostaje tylko 4 +, bo oryginalność należy nagradzać, a doskonałe naśladownictwo co najwyżej pochwalić.

„Teksańska masakra piłą mechaniczną” /The Texas Chainsaw Massacre/ USA, 1974 reżyseria: Tobe Hooper [Rafał]

Absolutna klasyka kina grozy. Jeśli nie widzieliście jeszcze tego filmu, to ośmielę się stwierdzić, że nie mieliście okazji oglądać naprawdę przerażającego horroru. Ten zaczyna się scenami bezczeszczenia grobów, a później jest coraz straszniej. W pewnym momencie widz traci jakiekolwiek złudzenia, że może jednak wszystko skończy się dobrze… I nie myślcie, że to jakaś pełna efektów specjalnych opowiastka o wyimaginowanych straszydłach z piekła rodem, duchach, wampirach czy innych bzdurach. To nie jest Freddy, czy wiecznie odradzający się Jason. Nie. Ten film jest tak surowy i tak potencjalnie realny jak dokument i prawdę powiedziawszy, to całkiem spokojnie mógłby nim być (poczytajcie o niejakim Eddiem Geinie). „Teksaska Masakra Piłą Łańcuchową” nie epatuje (wbrew tytułowi) krwawymi scenami, w sumie mało tam jest krwi. Jednak okrucieństwo, obłęd i strach nigdy dotąd i nigdy więcej nie były ukazane w tak bezlitosny sposób. Tutaj znajdziecie ich czystą esencję. Acha i jeszcze jedno, jak do tej pory zrealizowano jeszcze trzy sequele, ale żaden nie dorastał do oryginału – te polecam tylko kompletnie pokręconym fanom cyklu (takim jak ja).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *