Początek horroru
gecht1

Był deszczowy dzień, 1 czerwca 1981 roku. Trzech funkcjonariuszy policji udało się, aby sprawdzić otrzymaną przez telefon informację o zwłokach znalezionych w hotelu Moonlit w Villa Park, oddalonej dzielnicy Chicago. Tego rodzaju telefon nie był dla nikogo zaskoczeniem, ponieważ tamten hotel, umiejscowiony w dość obskurnej okolicy, znany był ze swoich podejrzanych gości. Wszyscy wiedzieli, że było to miejsce, gdzie można było zarówno poznać kogoś na szybki seks, jak i anonimowo kupić działkę narkotyków.

Odkrycia dokonano dzięki hotelowej pokojówce, która pewnego dnia poczuła okropny smród unoszący się dookoła hotelu, a który stawał się z każdym dniem coraz mocniejszy. Menadżer hotelu przeszedł się wtedy po zaśmieconym terenie znajdującym się za głównym budynkiem, aby sprawdzić, co jest źródłem nieprzyjemnego zapachu. Spodziewał się, że znajdzie po prostu martwe zwierzę, ale niestety bardzo się pomylił. Było to bowiem ciało młodej kobiety, a właściwie to, co z niego zostało, czyli kości i nieco przylegającego do nich mięsa. Natychmiast się stamtąd oddalił i zadzwonił na policję.

Policjanci przyjechali na miejsce i już na pierwszy rzut oka stwierdzili, że zwłoki musiały znajdować się tam dłuższy czas. Były one w stanie tak zaawansowanego rozkładu, że funkcjonariusze mogli dostrzec ich strukturę kostną, ale żerujące na ciele robactwo nadal tam było, co było dość nietypowe. Było oczywiste, że kobieta została zamordowana, gdyż miała na sobie kajdanki założone zanim ją tam zostawiono i prawdopodobnie też zanim zmarła. W ustach miała kawałek materiału, którego użyto jako knebla, a ubrana była w sweter oraz majtki, które ściągnięto na wysokość ud. W jej skarpetkach znajdował się mały zwitek banknotów, więc kradzież nie była motywem zbrodni. Najważniejszą sprawą w tamtym momencie było ustalenie tożsamości zamordowanej, a następnie ustalenie czasu od momentu, kiedy zmarła do momentu odkrycia ciała. Biorąc pod uwagę stan, w jakim znajdowało się jej ciało, wydawało się to sporym wyzwaniem. W tamtym czasie nie było jeszcze takiej instytucji jak Body Farm (tłum. Trupia Farma), którą założono później w Knoxville, a która pomagała w ustalaniu czasu zgonu dla zwłok takich jak te, dzięki obserwacjom szybkości rozkładu ludzkiego ciała w konkretnych warunkach. Jedyne, na co wtedy mogli liczyć śledczy była pomoc eksperta.

Policjanci musieli także ustalić czy miejsce znalezienia zwłok było także miejscem zamordowania kobiety, czy jedynie porzucono tam jej zwłoki. Fakt, że nikt jeszcze nie zgłosił zaginięcia wskazywał na to, że zwłoki mogły znajdować się tam stosunkowo krótko. Jednakże, taka możliwość sugerowała także, że ktokolwiek ją zabił, był w stanie tolerować obecność rozkładających się zwłok przez dość długi czas. Jedną z rzeczy, jaką funkcjonariusze mogli sprawdzić, była gleba znajdująca się pod ciałem, aby ustalić czy przeniknęły do niej płyny ustrojowe. Musieli też jak najszybciej dostarczyć zwłoki koronerowi, aby mógł spróbować ustalić przyczynę i rodzaj śmierci, a także zdjąć odciski palców oraz zębów ofiary, aby porównać je z bazą danych osób zaginionych. Poza tym, jedyne, co mogli zrobić, to ograniczyć taśmą miejsce znalezienia zwłok i zacząć szukać dowodów.

Poszukiwania w bazie osób zaginionych nie przyniosły żadnych rezultatów, więc śledczy zadzwonili do oddziału w Chicago, gdzie powiedziano im, że praktyka chowania zwitków banknotów w skarpetkach prawdopodobnie wskazywała na to, że ofiara była prostytutką. To jeszcze bardziej utrudniło proces identyfikacji zwłok. Jednak to odciski palców i uzębienia ofiary pomogły w odkryciu jej tożsamości. Dziewczyna nazywała się Linda Sutton i miała zaledwie 21 lat. Tak jak podejrzewali, okazało się, że była prostytutką z okazałą kartoteką policyjną. Miała także dwoje dzieci, chociaż pozostawały one z jej matką.

Prawdziwy przełom w sprawie przyniósł dopiero raport koronera: pomimo zaawansowanego stanu rozkładu zwłok, udało mu się ustalić, że kobieta nie żyła zaledwie od trzech dni. Zaawansowany stan rozkładu szczątków spowodowany był rozległymi ranami klatki piersiowej, z której usunięto piersi, co z kolei spowodowało atak olbrzymiej ilości pasożytów, które pożarły ciało w rekordowym czasie. Ta kobieta została brutalnie pobita i okaleczona. A najgorsze było to, że nie była ostatnią, jaką znaleziono.

Lista niewyjaśnionych morderstw

12 lutego 1982 roku, pewna 35-letnia kelnerka została uprowadzona z okolicy swojego samochodu, który pozostawiła na poboczu drogi. Wskaźnik paliwa pokazywał, że skończyła się jej benzyna i prawdopodobnie została porwana, kiedy szukała pomocy. Jej torebka znajdowała się na przednim siedzeniu, a kluczyki nadal były w stacyjce. Po przeszukaniu okolicy, natrafiono na jej nagie ciało, które znajdowało się na nasypie obok drogi. Została zgwałcona oraz okaleczona. Dziennikarzy poproszono wtedy, aby nie wspominali w doniesieniach prasowych o tym, że usunięto jej piersi, aby policja mogła przywołać ten szczegół podczas ewentualnego przesłuchania podejrzanego.

Kilka dni później znaleziono zwłoki kobiety pochodzenia latynoamerykańskiego, która miała na palcu pierścionek zaręczynowy. Ona również została zgwałcona oraz uduszona. Jednak jej piersi nie usunięto, a jedynie mocno pogryziono. Morderca oddał nasienie na jej zwłoki. Psychiatryczna ocena tej zbrodni wskazywała na to, że sprawca był zwykłym mężczyzną, który prawdopodobnie kochał zwierzęta i posiadał rodzinę. Miał także mroczną stronę, o której nikt nie wiedział, w nocy przeradzając się w psychopatycznego mordercę.

W maju porwano kolejną młodą kobietę, Lorraine Borowski (zwaną przez jej rodzinę także Lorry Ann). Stało się to, kiedy szła sama przez parking, wracając z pracy. Została wielokrotnie zgwałcona, a następnie wokół jej piersi owinięto drut, za pomocą którego oddzielono je od ciała na podobieństwo działania garoty. W końcu jeden z napastników zabił ją przy pomocy siekiery. Szczątki kobiety znaleziono na wysypisku śmieci, niedaleko miejsca znalezienia zwłok Sutton.

Nieznany zabójca nie czekał długo z kolejnym atakiem. Dwa tygodnie po porwaniu i zabiciu Borowski, uprowadzono kolejną kobietę. Zdarzyło się to 29 maja, kiedy Shui Mak wracała do domu z restauracji swoich rodziców w Streamwood. Jechała samochodem swojego brata, ale po tym jak się pokłócili, ten wypuścił ją, aby poczekała na samochód innych krewnych, którzy, jak myślał, jechali tuż za nim. Nigdy jej już nie zobaczyli, ponieważ została porwana. Jej ciało znaleziono cztery miesiące później, zakopane na pewnej budowie. Ono również zostało okaleczone w ten sam sposób, co poprzednie.

Policja miała kilka podobnych spraw dotyczących zabójstw, między którymi było oczywiste podobieństwo: ofiarami były młode kobiety, które straciły piersi w ten sam sposób. Trudno jednak było im trafić wtedy na jakiś konkretny trop, ale tylko do czasu, aż znaleziono kolejną ofiarę. Dziewczyna nazywała się Angel York i przeżyła atak morderców. Była w stanie zeznać na policji, że sprawcami było dwóch mężczyzn, którzy jeździli czerwonym vanem, porywali kobiety, zakładali im kajdanki, gwałcili je i torturowali. Zmusili ją nawet do odcięcia własnej piersi za pomocą dużego noża, co sprawiło, że jeden z nich wpadł w coś w rodzaju amoku. Rozciął jej ranę jeszcze bardziej, a następnie oddał do niej nasienie, a następnie zakleił ją taśmą klejącą i wyrzucił dziewczynę na ulicę. Zdarzyło się to w czerwcu 1982 roku. Kobieta powiedziała policji wszystko, co wiedziała.

Niestety nie udało się zatrzymać morderców zanim zginęła kolejna kobieta. W sierpniu znaleziono kolejne zwłoki, tym razem na brzegu rzeki Chicago. Ofiarą była niejaka Sandra Delaware. Jej ręce związano z tyłu sznurówką, a jej lewa pierś została usunięta w taki sam sposób, w jaki miało to miejsce w przypadku poprzednich ofiar. Dookoła jej gardła obwiązano biustonosz. Była bardzo młoda, ale jako prostytutka była łatwiejszym celem morderców niż jakakolwiek inna dziewczyna. Ustalono, że zmarła około sześć godzin wcześniej, zanim znaleziono jej zwłoki.

W ciągu mniej niż dwóch tygodni zniknęły dwie kolejne kobiety: 42-letnia Carol Pappas oraz 30-letnia Rose Beck Davis. Tą ostatnią znaleziono 8 września 1982 roku za schodami apartamentowca North Lake Shore. Dźgnięto ją nożem, zgwałcono oraz uduszono. Nie była prostytutką, a specjalistką ds. marketingu. Wokół jej szyi zawiązano czarną skarpetkę, a jej ubrania były porozrzucane dookoła. Jej twarz zmiażdżono, a wokół jej ciała była kałuża krwi. Później okazało się, że została tak zmasakrowana za pomocą siekiery. Na jej piersiach widniały głębokie cięcia, a na jej łonie znajdowało się mnóstwo drobnych nakłuć.

O stworzenie profilu zabójcy poproszono Roberta Resslera z jednostki behawioralnej FBI. Stwierdził on, że zabójca tej kobiety był niepewny swojej seksualności i prawdopodobnie był biseksualny. Spodziewał się kogoś o zniewieściałym wyglądzie.

W październiku inna prostytutka, 20-letnia  Beverly Washington została podobnie okaleczona, zgwałcona i porzucona. Jej porywacze zostawili ją na pewną śmierć, ale udało jej się przeżyć i zabrano ją do szpitala. To właśnie ona opisała policji grupę mężczyzn, którzy porywali kobiety z ulic i fundowali im piekielne tortury, często kończące się śmiercią ofiar.

Pierwszy wyraźny trop

Pomimo stanu, w jakim znajdowała się Beverly Washington, udało jej się podać śledczym kilka ważnych informacji na temat mężczyzn, którzy ją zaatakowali. Kierowca samochodu był szczupłym białym mężczyzną, który wyglądał na 25 lat, nosił flanelową koszulę i buty o kwadratowych noskach. Miał tłuste brązowe włosy i nosił wąsy. Dziewczyna powiedziała, że zaoferował jej za seks więcej pieniędzy niż chciała i wydawał się dziwnie nerwowy. Kiedy poprosił ją, aby przeszła z nim na tylne siedzenie vana, miał w ręku broń. Kazał jej zdjąć ubrania, co niezwłocznie zrobiła. Wtedy założył jej kajdanki, zmusił do seksu oralnego i groził pobiciem, jeśli nie połknie garści tabletek, które jej podał. Kiedy traciła przytomność, zobaczyła go trzymającego coś w rodzaju struny gitarowej i bała się, że umrze. Mężczyzna porzucił ją na śmietnisku. Zdążył pozbawić jej jednej piersi i niemal odciąć drugą z nich. Na szczęście ktoś znalazł umierającą kobietę i wezwał policję. Dzięki szybkiemu przewiezieniu do szpitala została uratowana. Funkcjonariusze, którzy ją przesłuchiwali pytali o vana, którym jeździł mężczyzna, więc powiedziała, że był czerwony i miał przyciemniane szyby oraz drewnianą deskę rozdzielczą. Powiedziała im także, że z lusterka wewnątrz samochodu zwisała przynęta muchowa z piórami.

Te szczegóły okazały się bardzo pomocne w poszukiwaniu podejrzanego. Po trzech tygodniach, 20 października 1982 roku, policja zatrzymała kierowcę czerwonego vana. Miał rude włosy i nie odpowiadał opisowi podanemu przez ofiarę, ale jego samochód idealnie pasował do opisu. Kierowca przedstawił się jako Eddie Spreitzer i powiedział, że van należał do jego szefa, Robina Gechta. Funkcjonariusze poprosili Spreitzera, aby pojechał pod dom Gechta i wywabił go na zewnątrz. Mieli nadzieję, że to będzie ich morderca, a kiedy wyszedł, okazało się, że faktycznie pasował do opisu ofiary, włącznie z flanelową koszulą i butami. Jednak zachowywał się jakby nic go nie niepokoiło i był skory do pomocy. Albo był niewinny tych zbrodni, albo niesamowicie arogancki, pewien, że jest nietykalny. Później ofiara wybrała Gechta z serii zdjęć, jako mężczyznę, który ją skrzywdził, ale kiedy śledczy wrócili, aby się z nim zobaczyć, Gecht miał już prawnika. Było jasne, że będzie dość ostrożny w swoich kontaktach z policją i faktycznie ciężko im było wyciągnąć z niego jakiekolwiek zeznania. Zgodnie z pewnymi źródłami miał ciekawe powiązania ze znanym przestępcą z regionu, aresztowanym trzy lata wcześniej, w 1979 roku. Wydawało się, że Chicago przyciągało do siebie nietypowych przestępców.

Stolica zbrodni

Chicago było domem H.H. Holmesa, jednego z pierwszych amerykańskich seryjnych morderców. Urodzony jako Herman Webster Mudgett, uważany jest za odpowiedzialnego za zabicie od 27 do 200 osób, głównie samotnych, młodych kobiet. Holmes zdobywał pieniądze z fałszywych polis na życie. Zabijanie dla zysku było jego grą, ale poza tym rozwinął w sobie hobby torturowania kobiet i eksperymentowania na nich. Wynalazł na przykład własną ławę do wyciągania kończyn, ponieważ chciał sprawdzić jak daleko może rozciągnąć się ludzkie ciało. Holmes zaprojektował coś na kształt „zamku zabójstw”. Był to trzypiętrowy budynek przypominający hotel, w którym znajdowały się między innymi: dźwiękoszczelne sypialnie z dziurami do podglądania, ścianami pokrytymi azbestem, rurami doprowadzającymi gaz, przesuwanymi ścianami oraz odpowietrznikami, które Holmes kontrolował z własnego pokoju. Budynek miał sekretne przejścia, ślepe zaułki, pokoje ze sprzętem do tortur oraz specjalnie wyposażoną salę operacyjną. Były tam także zsypy, które prowadziły do piwnicy, prosto do bardzo dużego pieca. Do tego budynku Holmes zwabiał młode kobiety szukające pokoi do wynajęcia. Holmes umieszczał je w specjalnych komnatach, gdzie wpompowywał śmiertelny gaz. Czasami podpalał gaz i sprawiał, że ofiary płonęły żywcem. Sam takie sceny chętnie obserwował, a kiedy ofiary umierały, wrzucał je do zsypów, gdzie czekały na nie zbiorniki wypełnione kwasem oraz innymi chemikaliami. Rozcinał ich ciała na stole do sekcji zwłok i wrzucał do kadzi. Następnie sprzedawał szkielety szkołom medycznym. W końcu wpadł po nieudanej próbie sfingowania śmierci pewnego mężczyzny i go powieszono. Teraz uważany jest za jednego z najokrutniejszych morderców w amerykańskiej historii.

W połowie lat czterdziestych XX wieku, nastolatek William Heirens zamordował troje ludzi, a następnie napisał szminką na lustrze: „Na Boga, złapcie mnie zanim zabiję więcej. Nie umiem się kontrolować.” Złapano go i skazano na dożywocie.

Niespełna trzy dekady później, w grudniu 1979 roku, policja na przedmieściu Chicago Des Plaines śledziła mężczyznę, który miał porwać zaginionego chłopca. Szybko odkryto, że śledzony biznesmen, John Wayne Gacy, miał pewną bardzo mroczną tajemnicę. W szpitalu przebierał się za klauna i zabawiał chore dzieci, a w domu urządzał przyjęcia dla sąsiadów, ale także zwabiał do niego młodych mężczyzn, gdzie ich gwałcił i zabijał. Pod domem zakopał dwudziestu ośmiu z nich, a pięć innych ofiar wrzucił do rzeki Des Plaines. Jego sprawa obiegła całe Stany, a następnie cały świat. Całkowita oficjalna liczba ofiar Gacy’ego wynosi 33. Został uznany winnym morderstwa pierwszego stopnia i otrzymał karę śmierci, ale część winy za swoje zbrodnie próbował zrzucić na kilku mężczyzn, którzy dla niego pracowali. Jednym z nich był Robin Gecht.

Zboczeniec

W ciągu zaledwie dwóch tygodni śledczy powiązali sprawę drugiej kobiety, która przeżyła atak podobny do Beverly Washington z mordercami z czerwonego vana. Zmuszono ją do odcięcia sobie nożem piersi i wyrzucono na ulicę. Policja podejrzewała, że Gecht i Spreitzer byli odpowiedzialni za przynajmniej trzy takie ataki, ale już wkrótce mieli się dowiedzieć o kolejnych.

Na początku Spreitzer i Gecht nie dostarczali zbyt wielu użytecznych informacji, ale w końcu wyglądało na to, że Spreitzer się złamie. Wydawał się szczerze obawiać Gechta. Władze coraz bardziej na niego naciskały, a on się poddał, czując się winnym tego, co zrobił. Przesłuchanie Spreitzera dało rezultat w postaci 78-stronicowego raportu.

Najpierw Spreitzer przyznał się do prowadzenia vana, podczas gdy Gecht wszczął na ulicy strzelaninę, w której jeden człowiek zmarł, a drugi został ciężko ranny. Śledczy szybko odnaleźli takie wydarzenie w swojej bazie danych. Następnie Gecht kazał mu zwolnić, aby zabrać do samochodu ciemnoskórą prostytutkę. Gecht uprawiał z nią seks, a następnie zabrał ją do ciemnego zaułka i użył noża, aby odciąć jej lewą pierś. Położył ją na podłodze vana. Spreitzer był dość zdenerwowany, kiedy opowiadał o makabrycznych szczegółach, twierdząc, że nie podobał mu się widok krwi. Dodał, że podczas takich zdarzeń Gecht czasami uprawiał seks z odciętą piersią. Opisał także jak Gecht postrzelił ciemnoskórą kobietę w głowę, związał jej zwłoki łańcuchem i obciążył je kulą do kręgli, a następnie wrzucił do rzeki. Wierzył, że nigdy nie zostanie znaleziona. Spreitzer był także świadkiem tego, jak Gecht pobił pewną kobietę za pomocą młotka, co przyprawiło go o nudności. Jednak innej kobiecie sam odciął obie piersi. Kiedy to robił, myślał, że ona nie żyje, jednak się nie upewnił. Powiedział, że Gecht zmusił go do kontaktu seksualnego z otwartymi ranami kobiety.

Kiedy Spreitzer skończył swoje zeznanie, śledczy mieli szczegóły siedmiu morderstw oraz jednego pobicia. Przesłuchujący go policjanci byli wstrząśnięci zboczonym charakterem zbrodni, jednak wierzyli, że dzięki zeznaniom będą mieli większy wpływ na Gechta, który siedział w innym pokoju przesłuchań. Zebrali zdjęcia znanych im ofiar i położyli je przed podejrzanym. Popatrzył na nie bez większego zainteresowania i zaprzeczył, że znał którąkolwiek z kobiet na nich pokazanych. Następnie śledczy zabrali go w miejsce, gdzie mógł zobaczyć jak Spreitzer pokazuje coś innym funkcjonariuszom, ale nawet to nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Zachowywał się jakby nie miał nic do ukrycia. Ponieważ Spreitzer wyraźnie wskazał na jego winę, detektywi uważali jego zachowanie za frustrujące.

Jednak bliskość Gechta miała dziwny wpływ na Spreitzera. Nagle zmienił swoje zeznania, tak jakby się go bał i powiedział, że Gecht nikogo nie zamordował. Jego zeznanie stało się tak chaotyczne, że śledczy nie wiedzieli w co wierzyć. Spreitzer powiedział wtedy, że mordercą był inny mężczyzna, brat jego dziewczyny, Andrew Kokoraleis, ale nie potrafił podać zbyt wielu szczegółów dotyczących tego człowieka. Gecht potwierdził, że znał Kokoraleisa i nawet podał jego adres, ale jego zachowanie nadal było spokojne. Wydawało się, że nie wiedział o rzeczach, które robili Kokoraleis oraz Spreitzer.

Skonsternowani policjanci udali się, aby przesłuchać domniemanego trzeciego członka zabójczej ekipy. Zastanawiali się czy troje mężczyzn naprawdę mogło razem zabijać w tak straszliwy sposób. Ale wtedy nie znali jeszcze nawet połowy faktów.

Nie trwało długo zanim Kokoraleis również złożył zeznania. Mówił o tym jak porywali kobiety z ulicy, gwałcili je i dźgali nożami, żyletkami oraz otwieraczami do puszek. Za pomocą struny od pianina amputowali ofiarom jedną lub obie piersi i masturbowali się na nie. Przyznał się do zabicia Rose Beck Davis oraz Lorraine Borowski i nieumyślnie zeznał, że był wplątany w śmierć 18 kobiet. Kiedy opisywał atak na Sandrę Delaware, powiedział, że wepchnął jej w usta kamień, aby przestała krzyczeć, a następnie wepchnął w jej pochwę butelkę po winie, co sprawiło, że zaczęła okropnie krwawić i zadźgał ją nożem. Raport z jej autopsji to wszystko potwierdzał.

Równolegle z zeznaniami, detektywi wypytywali znajomych podejrzanych mężczyzn o ich charaktery oraz przyzwyczajenia. Wkrótce stało się jasne, że Gecht miał fetysz na punkcie piersi i często prosił dziewczyny, które znał o możliwość dźgania ich biustu szpilkami. Prawdopodobnie swoją żonę poddawał gorszym torturom, co kończyło się pokaźnymi ranami, chociaż ona nigdy nie zgłosiła tego na policję. Jednak, kiedy śledczy zaczęli przesłuchiwać opóźnionego w rozwoju brata Kokoraleisa, Tommy’ego, wyszła na jaw kolejna okrutna niespodzianka. Jego dziwne zachowanie wskazywało na to, że on także był członkiem „Gangu Rozpruwaczy”, jak ochrzciła ich prasa. Wkrótce złamał się i wyznał jeszcze więcej makabrycznych szczegółów.

Satanistyczne rytuały

Prawdopodobnie ci młodzi mężczyźni ulegli przejściowej modzie na satanizm, która obiegła Stany Zjednoczone w latach osiemdziesiątych. Jednak Rozpruwacze posunęli swoje rytuały jeszcze dalej niż większość tych, którzy wierzyli, że mogą się w jakiś sposób skontaktować z Szatanem. Wspólnicy Gechta zabierali fragmenty ciała, które odcięli ofiarom, cięli na drobne kawałki i konsumowali w formie satanistycznej komunii. Gecht prawdopodobnie na strychu swojego domu miał ołtarz, przy którym mężczyźni zbierali się w godzinach wieczornych, kiedy jego żona szła do pracy. Podobno namalował na ścianach sześć czerwono-czarnych krzyży i przykrył ołtarz czerwonym materiałem. Tommy zeznał policji, że wszyscy klękali dookoła ołtarza, a Gecht podawał im świeżo odcięte piersi. Czytał fragmenty z Biblii, podczas, gdy każdy z nich masturbował się na podarowaną mu część ciała. Kiedy wszyscy skończyli, Gecht ciął piersi i podawał każdemu do zjedzenia. Tommy powiedział, że był świadkiem dwóch morderstw i brał udział w około dwunastu takich rytuałach. Kiedy detektywi zapytali go, dlaczego robił takie makabryczne rzeczy, powiedział z powagą, że Gecht miał na tyle charyzmy, aby sprawić, żeby robili wszystko cokolwiek zechciał. „Po prostu musiałeś to robić” – powiedział z przekonaniem. Najwyraźniej był przekonany, że Gecht miał jakąś nadprzyrodzoną moc i bał się tego, co mógłby mu zrobić, jeśli by go nie posłuchał.

Po zakończeniu przesłuchań wszyscy członkowie „Gangu Rozpruwaczy” zostali umieszczeni w więzieniu. Gecht nieugięcie odmawiał przyznania się do postawionych mu zarzutów. Wyszło na jaw, że w latach 70-tych pracował jako zleceniobiorca budowlany u Johna Wayne’a Gacy’ego. Jak sam powiedział, największym błędem Gacy’ego nie było zabicie 33 młodych mężczyzn, ale trzymanie większości zwłok pod domem, co sprawiło, że został złapany. Innymi słowy, Gecht nie okazywał żadnego przekonania o złym charakterze Gacy’ego. Uważał po prostu, że facet dał się złapać, bo ukrył ciała w nieodpowiedni sposób.

Kiedy policja przesłuchała więcej osób, wyszło na jaw, że nie tylko Spreitzer i bracia Kokoraleis bali się Gechta i nie tylko oni wierzyli w jego niezwykłe moce. Inni również twierdzili, że miał umiejętność przyciągania do siebie ludzi i sprawiania, że robili co chciał. Jedna z osób ostrzegła śledczych przed patrzeniem mu w oczy. Nie ważne jak chory lub ohydny był dany postępek, on i tak inspirował innych do przyłączenia się. Według niektórych źródeł w dzieciństwie został wysłany za karę do dziadków, ponieważ molestował własną siostrę (chociaż sam temu zaprzeczył). W okresie dorastania, odkrył w sobie zainteresowanie satanizmem oraz jego tajemniczymi rytuałami. Gazety szybko podchwyciły historię tych zbrodni, używając nagłówków „Gang Rozpruwaczy” lub „Rozpruwacze z Chicago”, łącząc ich tym samym ze znanym Kubą Rozpruwaczem. Każdy z członków tej zabójczej ekipy miał swój osobny proces.

Batalia sądowa

Gecht usiłował uniknąć procesu twierdząc, że był niepoczytalny. Został przebadany i uznano go za zdolnego do uczestnictwa w procesie, a jednocześnie uznano, że był poczytalny w trakcie dokonywania zbrodni. Pierwszą rozprawę unieważniono z powodu błędu w postępowaniu, a druga rozpoczęła się 20 września 1983 roku.

Prokuratura posiadała mocne dowody. Podczas przeszukania mieszkania Gechta policja znalazła satanistyczny ołtarz oraz strzelbę użytą podczas strzelaniny. Znaleźli także książki o tematyce satanistycznej oraz pudełko z trofeami Gechta, w którym znajdowało się około 15 fragmentów kobiecych piersi. Z aktów zgonów ofiar wyłonił się modus operandi: kobiety były porywane, przetrzymywane wbrew ich woli oraz okaleczane za pomocą igieł oraz szpikulca do lodu. Były także zbiorowo gwałcone, a piersi odcinano im za pomocą wykonanej ze struny garoty. Często ofiary umierały w trakcie tortur, odczuwając przy tym niewyobrażalny ból. Jednak dwie z nich przeżyły i teraz żyły ze wspomnieniami swoich okropnych doświadczeń.

Gecht sam występował w roli swojego obrońcy. Przyznał się do zaatakowania Beverly Washington, ale w sądzie twierdził, że nikogo nie zabił, nie zgwałcił ani nie pobił. Twierdził, że w czasie popełniania większości morderstw nawet jeszcze nie znał innych oskarżonych. Oprócz zeznań złożonych przez naocznego świadka oraz zeznań od kobiet, które twierdziły, że Gecht kazał im odciąć dla siebie sutki, zeznania innych obciążające Gechta nie zostały dopuszczone w procesie. Bez żadnych fizycznych dowodów wiążących go z morderstwami nie mógł zostać oskarżony o żadne z nich, a jego wspólnicy nie chcieli zeznawać przeciwko niemu. Jednak mimo wszystko, ława przysięgłych uznała Gechta winnego wszystkich zarzutów, o które został oskarżony, czyli o próbę zabójstwa, gwałt, napaść na tle seksualnym, pobicie i napaść z użyciem broni. Skazano go wówczas na 120 lat więzienia.

Co się stało z „gangiem”?

23-letni wówczas Tommy Kokoraleis próbował zablokować odczytanie swoich zeznań w czasie procesu, jednak mu się to nie udało. W 1984 roku został skazany na 70 lat więzienia za współudział w zabójstwie Lorraine Borowski.

Andrew Kokoraleis był sądzony w dwóch różnych okręgach. Pierwsza sprawa dotyczyła zabójstwa Rose Beck Davis. W swoich zeznaniach przyznał, że porwał Davis razem z innymi mężczyznami, wepchnął ją do vana i zadawał jej ciosy siekierą, powodując jej śmierć. Ława przysięgłych potrzebowała zaledwie trzech godzin, aby uznać go winnym gwałtu i morderstwa. Skazano go na dożywocie.

W czasie drugiego procesu Kokoraleis zdecydował się wycofać ze wszystkich zeznań i zaprzeczyć, że kogokolwiek zabił i zgwałcił. Twierdził, że policja wymusiła wszystkie jego zeznania, dając mu w zamian fałszywe obietnice lepszych warunków w więzieniu, a nawet bijąc go, aby powiedział to, co chcieli. Prokurator przytoczył zeznania sześciorga różnych funkcjonariuszy, którzy go przesłuchiwali, ale Kokoraleis uparcie twierdził, że to oni powiedzieli mu, co ma mówić. Sygnalizował także, że jeden z funkcjonariuszy wyjawił mu szczegóły dotyczące miejsca zbrodni, dając mu wszystko, czego potrzebował do zeznań. Jednak, kiedy jeden ze śledczych zaczął opisywać prowadzone przez siebie przesłuchanie, powiedział, że kiedy pokazał Kokoraleisowi zestaw zdjęć, ten wziął do ręki to przedstawiające Lorraine Borowski i powiedział: „To ta dziewczyna, którą zabiliśmy na cmentarzu razem z Eddiem Spreitzerem.” Przy tak sprzecznych zeznaniach kluczowa była kwestia tego, kto był bardziej wiarygodny – Kokoraleis czy funkcjonariusz policji. Historia Kokoraleisa o tym, że ośmiu różnych policjantów potraktowało go w taki sam nieetyczny sposób wydawała się co najmniej mało wiarygodna. I tym razem przysięgli obradowali tylko trzy godziny przed wydaniem werdyktu. Uznano go winnym morderstwa Lorraine Borowski i skazano na karę śmierci. W swojej mowie końcowej po raz kolejny zaprzeczył postawionym mu zarzutom, a jego prawnicy twierdzili później, że abstrahując od wydanego werdyktu, samo przestępstwo nie zasługiwało na karę śmierci. W dodatku, więzienny kapelan oraz psycholog zeznali, że Kokoraleis był niegroźny i mógł zostać zresocjalizowany. Poza tym Kokoraleis przekonywał, że w więzieniu otrzymał nieskutecznego doradcę, a w poprzedniej sprawie (zabójstwa Rose Beck Davis) nie otrzymał kary śmierci, a jedynie dożywocie. Uważał, że sąd nie udowodnił mu zamiaru zabójstwa ani premedytacji. Jednak sędzia uważał inaczej, ponieważ odrzucono wszystkie jego apelacje i podtrzymano wydany na niego wyrok.

Wtedy jego prawnicy wpadli na inny pomysł. Twierdzili, że Kokoraleis był mordercą cierpiącym na schizofrenię, więc nie wiedział, co robił, kiedy dokonywał morderstw. Twierdzili, że jego obrońcy podczas procesu powinni byli oprzeć swoją linię obrony na kwestii niepoczytalności klienta, ale tego nie zrobili. Nawet nie pozwolili go zbadać psychiatrze, co było znaczącym niedopatrzeniem z ich strony. Obrońcy, którzy reprezentowali Kokoraleisa w procesie apelacyjnym, twierdzili także, że nawet, jeśli poprzedni obrońcy nie widzieli potrzeby badania psychiatrycznego, sędzia powinien był takie badania nakazać. Jednak tego nie zrobił. Więzienny psychiatra zdiagnozował u Kokoraleisa osobowość chwiejną emocjonalnie typu borderline i uznał go niezdolnego do wzięcia udziału w procesie. (Jednak taka diagnoza wydana przez psychiatrę nie mogła sprawić, że uznano by go za niezdolnego lub niepoczytalnego w czasie popełniania zbrodni.) Prawnicy twierdzili, że Kokoraleis był „podatny” na silny wpływ i przez to nie był do końca odpowiedzialny za to, co zrobił. Niestety żaden z podanych przez nich argumentów nie trafił do sędziego i sprawa apelacyjna po raz kolejny została przegrana.

Ostatni, który umarł

Egzekucja Andrew Kokoraleisa miała odbyć się 17 marca 1999 roku. Jednak, ostatecznie ówczesny gubernator stanu Illinois, George Ryan oraz Sędzia Sądu Najwyższego, Moses Harrison, zostali przekonani do zarządzenia wstrzymania egzekucji oraz późniejszego wydania moratorium na wszystkie egzekucje kary śmierci w stanie Illinois.

Dzięki serii artykułów o lukach w systemie prawnym, które ukazały się w „Chicago Tribune”, dwanaścioro ludzi zostało w tamtym czasie oczyszczonych z zarzutów i zabranych z celi śmierci. Bardzo wstrząsnęło to ówczesnym gubernatorem stanu Illinois. Niektórzy z tych ludzi zostali oczyszczeni na podstawie dowodów w postaci DNA, a kilkoro na podstawie błędów w systemie prawnym. Jeden przypadek był wyjątkowo niepokojący. Anthony Porter, ciemnoskóry mężczyzna, o IQ równym zaledwie 51, siedział w więzieniu za podwójne zabójstwo przez 16 lat. Po wykorzystaniu wszystkich możliwych apelacji oczekiwał na egzekucję, która miała się odbyć 23 września 1998 roku. Jednak pewien profesor z Northwestern University, zwolennik obalenia kary śmierci, ujawnił uniewinniające dowody w tej sprawie, więc dwa dni przed egzekucją ją wstrzymano. Później inny mężczyzna przyznał się do popełnienia tych zbrodni. Był to jasny dowód na to, że stan Illinois oskarżył i uwięził niewinnego mężczyznę i miał zamiar go za to stracić. Gubernator Ryan bardzo przejął się tą sytuacją, jednak jeszcze wtedy nie zdecydował się na zmiany w systemie, szczególnie w świetle sprawy Kokoraleisa, który według niego zasługiwał na karę śmierci.

Sąd Najwyższy stanu Illinois odrzucił wydane przez sędziego Harrisona odroczenie kary śmierci Kokoraleisa większością głosów 4 do 3. Wszystkie apelacje składane przez Kokoraleisa w ciągu 16 lat zostały odrzucone, więc już nic nie mogło stanąć mu na przeszkodzie w drodze na przysłowiowy „stryczek”.

Jeszcze rankiem, w dzień egzekucji, Kokoraleis był przekonany, że do niej nie dojdzie. Został przewieziony do doskonale strzeżonego więzienia w Tamms, gdzie spędził resztę dnia modląc się i poszcząc. Następnie odbył kilka rozmów telefonicznych ze swoimi znajomymi, żegnając się z nimi. Kiedy rozmawiał ze swoim bratem (nie Tommym) modlił się i płakał. Jednak Kokoraleis nadal wierzył, że w ostatniej chwili ktoś go uratuje. Przypięty pasami do łóżka szpitalnego, przeprosił rodzinę Lorraine Borowski, powiedział, że Królestwo Niebieskie jest blisko i o godzinie 12:34 po południu otrzymał śmiertelny zastrzyk.

W styczniu 2000 roku gubernator Ryan umieścił trzynastą osobę na swojej liście, tych, którzy nigdy nie powinni byli się znaleźć w celi śmierci oraz ogłosił moratorium na wszystkie egzekucje w stanie. Takim sposobem Andrew Kokoraleis otrzymał zaszczyt bycia ostatnim człowiekiem, na którym wykonano wyrok kary śmierci przed moratorium. Twierdzono nawet, że Ryan czekał z ogłoszeniem moratorium do czasu, aż Kokoraleis zostanie stracony. Z pewnością miał wątpliwości, co do poprawności działania systemu prawnego jeszcze przed marcową datą egzekucji, a jednak czekał. Tak naprawdę, przeciwko straceniu Kokoraleisa opowiadali się jedynie przeciwnicy kary śmierci. Wielu innych wiedziało, że sprawiedliwości stało się zadość.

Jeszcze jedna bitwa

Spreitzer przyznał się do zamordowania Rose Davis, Sandry Delaware, Shui Mak oraz dilera narkotykowego Rafaela Torado 2 kwietnia 1984 roku. Za każde zabójstwo otrzymał po jednym wyroku dożywocia, a dodatkowo dostał wyroki za inne postawione mu zarzuty, w tym za gwałt i napaść na tle seksualnym. Jednak musiał jeszcze bronić się w procesie o morderstwo Lindy Sutton.

Na ławie oskarżonych pojawił się 25 lutego 1986 roku i skorzystał ze swojego prawa do zdecydowania o jego wyroku przez ławę przysięgłych. Przyznał, że on i jego koledzy porwali Lindę Sutton, kiedy szła drogą i zabrali ją w zalesione tereny niedaleko hotelu, w którym się zatrzymał. Potem skuł ją kajdankami, zgwałcił i odciął piersi. Wtedy została ponownie zgwałcona i pozostawiona na śmierć. Jego obrońca przedstawił go jako niedojrzałego, młodego człowieka, który jedynie wykonywał rozkazy przywódcy gangu. Ponadto, jego krewni i znajomi również zeznali, że był tylko uległym młodym człowiekiem. Niestety jeden z jego znajomych zeznał także, że Spreitzer chwalił się tym, co zrobił, szydząc z kobiet i śmiał się z tego, że okaleczył i zabił kilka z nich.

Błagania Spreitzera o litość nie dały rezultatu. Został uznany winnym porwania oraz morderstwa. Ława przysięgłych skazała go na karę śmierci. Trafił do celi śmierci w więzieniu w Joliet, w stanie Illinois.

Wykorzystał wszystkie swoje możliwości apelacji. Jego adwokat Gary Prichard twierdził, że badania po procesie wykazały u niego uszkodzenie mózgu. Prichard twierdził, że ławnicy nie zostali o wszystkim poinformowani. Jednak, mimo tego, że wyrok już zapadł, po pewnym czasie w sprawie Spreitzera pojawił się jeszcze jeden przełom.

W październiku 2002 roku, kiedy Spreitzer miał 41 lat był jednym ze 140 więźniów osadzonych w celi śmierci w stanie Illinois, na których sprawy wpłynęło moratorium wydane na karę śmierci. Prichard w jego imieniu szukał możliwości zmiany wyroku, twierdząc, że jego niskie IQ (76) oraz trudne dzieciństwo sprawiło, że był łatwym celem do manipulowania przez kogoś takiego jak Robin Gecht. Jednak rodziny ofiar zebrały siły, aby przeciwstawić się zmianie w wyroku Spreitzera. Niektórzy z nich uważali go za „uosobienie zła”. Prokurator Michael Wolfe zgodził się z takim stwierdzeniem, mówiąc, że jego zbrodnie były „najgorsze z najgorszych.” Wtedy nie przyznano Spreitzerowi łaski, ale kiedy gubernator Ryan opuszczał swój gabinet w styczniu 2003 roku, uniewinnił czterech ze 164 osadzonych w celi śmierci i zaoferował złagodzenie kary całej reszcie, włącznie z Edwardem Spreitzerem. Jego wyrok kary śmierci zamieniono na dożywocie. Rodziny ofiar były oburzone i poprzysięgły walczyć za przywrócenie sprawiedliwości.

Analiza

Aktywistka na rzecz reformy więziennictwa, Jennifer Furio stworzyła projekt polegający na pisaniu listów do seryjnych morderców, którzy przebywali w więzieniach. Między innymi, udało jej się otrzymać odpowiedzi zarówno od Robina Gechta, jak i Edwarda Spreitzera.

Pierwszym, który odpisał był Spreitzer. Napisał jej, że źle się czuł biorąc udział w zbrodniach, a nawet zemdlał widząc krew, ale jednocześnie zarzekał się, że robił to, ponieważ bał się Gechta i jego dubeltówki. „Nigdy sam nie zrobiłem nic złego” – twierdził. Ona usprawiedliwia go mówiąc, że był słaby i podatny na wpływy, że po prostu był łatwym celem przez swoją trudną sytuację rodzinną oraz ciągłe poniżanie, którego doznał w życiu. Gecht zaoferował mu pracę, kiedy był w trudnej sytuacji i dał mu kilka pustych obietnic. Zgodnie z tym, co mówił Spreitzer, Gecht miał szantażować go obscenicznymi fotografiami, które miał wysłać policji. Według oceny Furio, Spreitzer był wrażliwym mężczyzną i w żaden sposób nie pasował do obrazu seryjnego mordercy. Miał nadzieję na to, że zanim dojdzie do jego egzekucji (listy pisał zanim ją odroczono) dozna miłości dobrej kobiety, może się ożeni. Twierdził, że morderstwa nie były planowane; były przypadkowymi atakami. Prowadził vana i Robin rozkazywał mu zatrzymywać się kiedykolwiek zobaczył kobietę, która mu się spodobała, a zawsze była to taka ze sporego rozmiaru biustem. Spreitzer wierzył, że bracia Kokoraleis także byli zmuszani, aby robić te wszystkie okropności, ale nie znał ich zbyt dobrze. Tak jak wielu sprawców zbrodni, którzy nie wykazują współczucia w stosunku do swoich ofiar, ale nadmiernie współczują samym sobie, wierzył, że jest zbyt młody, aby umierać.

Furio była bardzo ciekawa obsesji Gechta na punkcie kobiecych piersi. On napisał jej, że to była „sprawa dotycząca całej jego rodziny.” Powiedział, że od czasów jego prapradziadka każdy mężczyzna w jego rodzinie żenił się z kobietą o dużym biuście. Był bardzo zadowolony z biustu jego byłej żony, która miała mieć rozmiar 39D. Twierdził, że nie jest seryjnym mordercą i, że nie brał udziału w zbrodniach. Nigdy nikogo nie zamordował. Powiedział także, że rzeczy, które piszą o nim w gazetach oraz książkach są rezultatem głupiego żartu Kokoraleisa, który był ciągle powtarzany, aż wszyscy w niego uwierzyli. Poinformował ją także, że zostanie zwolniony z więzienia szybciej niż ktokolwiek przypuszcza, ponieważ odrzucono dwa z ciążących na nim zarzutów. Jednak zaplanowane testy DNA w jego sprawie nadal nie doszły do skutku.

Taki mansonowy typ mordercy – osoba, która potrafi namówić innych do zabicia lub skrzywdzenia kogoś to rzadkość. Według wszystkich zeznań Gecht był właśnie taką osobą. Jednak grupa Mansona była liczniejsza, a trzech mężczyzn, podążających za Gechtem było tak samo opętanych żądzą krwi jak on, co jest dość nietypowe.

Eric W. Hickey, kryminolog, który wydał studium na temat ponad trzystu seryjnych morderców, w swojej książce „Serial Murderers and Their Victims”, napisał coś co zdaje się idealnie pasować do tej grupy: „Dla niektórych wielokrotnych morderców, zabójstwo musi być jednocześnie aktem uczestniczenia i oglądania; poczucie siły może być doświadczane poprzez obserwowanie wspólnika w niszczeniu ludzkiego życia, prawdopodobnie w takim samym stopniu jak dokonywanie zabójstwa. Patologia takiego związku działa na zasadzie symbiozy.” Każdy z zabójców dodaje coś od siebie. Prawdopodobnie to, czego sami nie potrafiliby dokonać, mogliby zrobić dzięki „chemii” emanującej z tego niebezpiecznego związku, w który są uwikłani.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *